października 19, 2017

"Joyland" Stephen King

"Joyland" Stephen King

Cóż tu dużo pisać. Jak już wam wcześniej kilka razy wspomniałam, postanowiłam zapoznać się bliżej z twórczością Stephena Kinga. Dziś padło na "Joyland", chociaż ostrzegam, że to jeszcze nie koniec przygody z królem horroru.

"Joyland" Stephen King

Opis z okładki

Devin Jones, student college'u, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. Tam jednak zmuszony jest zmierzyć się z czymś dużo straszniejszym: brutalnym morderstwem sprzed lat, losem umierającego dziecka i mrocznymi prawdami o życiu - i tym, co po nim następuje. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...
Pasjonująca opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się - i o tych, którym nie dane jest doświadczyć ani jednego, ani drugiego, bo śmierć zabiera ich przedwcześnie.
Joyland to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak Zielona Mila czy Skazani na Shawshank. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka opowieść o dojrzewaniu, która poruszy serce nawet najbardziej cynicznego czytelnika.

Moja recenzja

Nazwisko Kinga nieodwołalnie kojarzy się nam z horrorami, choć są pewne wyjątki. I od razu na wstępie napiszę, że według mnie "Joyland" jest właśnie jednym z tych wyjątków. Scen grozy mamy tu jak na lekarstwo, a wręcz nie mamy ich praktycznie wcale. Jest kilka momentów związanych w pewien sposób ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, jednak nie stanowią one elementów grozy (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie).
Pokuszę się o stwierdzenie, że książka ta jest w dużym stopniu analizą charakteru głównego bohatera i jego zmiany do podejścia do życia. Mamy tu bowiem nieszczęśliwie zakochanego studenta i możemy obserwować jego zmieniające się uczucie, które skazane jest w końcu na zapomnienie. Widzimy także jego zapał przy pracy z dziećmi, którego się nie spodziewał. Obserwujemy jego ból wywołany niesprawiedliwością, jaka może dosięgnąć nawet niewinnego chłopca. Jest to swego rodzaju historia o dojrzewaniu, Devin ze zwykłego studenta przeistacza się w dorosłego, odpowiedzialnego mężczyznę, który poznał wartość nawet pozornie nieważnych momentów.
Cieniem na całej opowieści kładzie się historia pewnego morderstwa sprzed lat, które do tej chwili nie zostało wyjaśnione. Młoda dziewczyna ginie zamordowana w brutalny sposób, a jej morderca, mimo zdjęć, nie zostaje złapany. wydaje się, że zbrodnia ta jest nierozerwalnie związana z lunaparkiem, co wzbudza ciekawość głównego bohatera, od początku zafascynowanego tym miejscem.
Wątek kryminalny jest tak naprawdę jedynym mocniejszym elementem powieści. Poszukiwania nieznanego mordercy dodają dreszczyku emocji książce, która w dużej mierze może uchodzić za obyczajową. Jest on ważny, jednak zostaje trochę pominięty w całości, stanowi motyw poboczny, ciekawostkę związaną z lunaparkiem.
Ciekawym elementem jest postać Mike'a, małego chłopca przedwcześnie skazanego na cierpienie. Wprowadza on do całości element nadprzyrodzony, dzięki któremu Devin ma szansę wyjść cało z opresji.

Podsumowanie

"Joyland" jest książką interesującą, przyjemnie się ją czytało i nie żałuję czasu jej poświęconego. Niestety nie trafi ona na listę moich ulubionych, nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, mimo to mogę ją polecić jako niezobowiązującą lekturę.
Gdybym nie wiedziała, kto jest autorem tej powieści, nigdy nie przypisałabym jej Kingowi. Nie czytałam "Zielonej Mili" ani "Skazani na Shawshank", o których mowa na okładce, jednak porównując do pozycji przeze mnie przeczytanych, ciężko mi utożsamić autora z tą książką. Całkowicie inne podejście do zjawisk paranormalnych i o wiele mniejsza dawka grozy zmyliły mnie totalnie. Jak już wcześniej pisałam bardziej mi tu pasuje kategoria powieść obyczajowa, chociaż postanowiłam zaklasyfikować książkę całkiem inaczej, zgodnie z wskazówką z okładki.

Czytaliście "Joyland"? Jakie macie wrażenia?




października 13, 2017

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak
Ostatnio dostałam propozycję zapoznania się z najnowszym e-bookiem Pauliny Matysiak, która publikacjami swoich prac zajmuje się od 2011. Przyznam, ze sam fakt, że jest to powieść wydana tylko w postaci e-booka troszkę mnie zniechęcił. Jestem raczej miłośniczką wersji papierowych, chociaż wiem, że miłośników elektronicznej literatury przybywa z każdym rokiem. Mimo tego postanowiłam dać książce szansę, a wszystko z powodu interesującego opisu.

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak

Opis z okładki

Erotyczny dramat psychologiczny wpisany w narrację niełatwych relacji polsko-rosyjskich.
Pozycja idealna dla osób interesujących się zagadnieniami identytaryzmu, syndromu sztokholmskiego, biocentryzmu, psychotroniki czy teorii spiskowych. Świat przedstawiony to pełna sexu i przemocy arena gier politycznych, walki z wrogą propagandą i działań służb specjalnych.
Anastazja zostaje złapana na terytorium obcego państwa. Zarówno strona polska jak i rosyjska podejrzewa ją o szpiegostwo. Problemem w tym, że dziewczyna sama nie wie kim jest. Amnezja jest wynikiem traumatycznych przeżyć czy przeprogramowania umysłu? Skąd wspomnienia o romansie ze znanym rosyjskim politykiem i jaką cenę przyjdzie za nie zapłacić? Czy dziewczynie uda się odzyskać pamięć i dowiedzieć po czyjej stoi stronie?
Bohaterka obnaży przed Tobą brutalny świat pełen przemocy, dzikich żądz i emocji niszczących psychikę. Akcja jest jak sinusoida - dynamika i szybka narracja mieszają się z analityczną nostalgią, która daje wgląd nie tylko w brutalne wydarzenia, ale też w ukryte warstwy rzeczywistości i wewnętrzny świat bohaterki stąpającej po krawędzi szaleństwa.
Pierwsza część zawiera sporą dawkę polityki. Druga uderzy Cię toksycznie krwawą akcją i zanurzy w technikach manipulacji umysłem oraz mechanizmach rozszczepu osobowości. Trzecia zszokuje makabryczną dozą erotyki. Każdą z nich można czytać oddzielnie i w dowolnej kolejności.
Wszystkie postacie występujące w prozie są fikcyjne, a wizerunek polityka nie był inspirowany życiem żadnego rzeczywistego gracza na arenie geopolitycznej. Ta historia nigdy się nie wydarzyła!

Moja recenzja


To może zacznijmy od początku. Książka, jak sam tytuł wskazuje, jest pewnego rodzaju dialogiem między tytułową bohaterką a psychiatrą, próbującym pomóc jej odzyskać pamięć. Znajdujemy się w gabinecie lekarskim, gdzie poznajemy nic niepamiętającą kobietę, odnalezioną w dziwnych okolicznościach. Podczas seansu hipnozy Anastazja powoli przypomina sobie niektóre momenty swojego życia. 
Początek jej historii ma miejsce w momencie, kiedy niczego nieświadoma zostaje zatrzymana przez rosyjskie służby. Od tego momentu zaczyna się dziwny, momentami fascynujący etap w jej życiu. Zanim jednak dojdziemy do części fabularnej, autorka zapoznaje nas z poglądami politycznymi bohaterki i jej niecodziennymi spostrzeżeniami co do ogólnej sytuacji światowej. Wszystkie wydarzenia opisane w książce są inspirowane rzeczywistymi sytuacjami, na przykład katastrofa smoleńska. Nie chcę tu pisać czy poglądy autorki są zgodne z moimi, nie o to tu chodzi. Na polityce się nie znam, nie analizowałam sytuacji tak dogłębnie więc nie mogę na ten temat nic powiedzieć. Pozostawiam to do oceny każdego czytelnika indywidualnie. Mogę tylko powiedzieć, że z początku książka jest bardzo polityczna, każde słowo jest analizowane właśnie pod tym względem. 
Potem możemy obserwować osobliwe stosunki między Anastazją a pewnym politykiem. Pełne bólu, strachu czy żądzy, ale też w pewien sposób pełne miłości (choć jest to miłość niezdrowa i według mnie destrukcyjna). Głównym elementem tych stosunków były sprawy łóżkowe, które, wydaje mi się, były tym, co najmocniej ich łączyło. I nie chodzi tu o zwyczajny seks, mamy tu bowiem mężczyznę dominującego, uwielbiającego stawianie na swoim i uległą kobietę, podporządkowującą się jego woli. Jeśli Wam przychodzi na myśl "50 twarzy Grey'a" to muszę ostrzec co wrażliwszych. W Grey'u bardziej chodziło o uczucie, a sprawy łóżkowe były tylko uzupełnieniem. Tutaj mamy niezdrową relacje pełną bólu, która jednak daje też w pewien sposób satysfakcję. Kary są przemyślane i mają sprawić jak najwięcej cierpienia, chociaż niekoniecznie fizycznego. Bardziej by tu pasowało słowo manipulacja, która jest jednym z głównych tematów książki.
Tak naprawdę do końca nie wiadomo kim jest Anastazja. Czasem wydaje się, że jest przypadkową ofiarą, czasem byłam zupełnie pewna, ze jest tajną agentką. Potem uwierzyłam, że jest zwykłą dziewczyną trawioną przez straszną chorobę. Zakończenie z jednej strony wyjaśnia pewne kwestie, z drugiej jednak pozostawia lekką niepewność, czy rzeczywiście wszystko jest takie oczywiste.

Podsumowanie

"Wyznania agentki" to powieść idealna dla miłośników literatury przesiąkniętej polityką, a co za tym idzie dla miłośników teorii spiskowych, których tutaj nie zabraknie. Czasem wydaje się, że Anastazja dopatruje się intrygi w najprostszych działaniach, co w pewien sposób potwierdza jej niepoczytalność.
Z początku miałam problem z tą książką. Jak już pisałam wcześniej, polityka nie jest moim ulubionym tematem, a wstęp jest praktycznie poświęcony tylko jej. Jednak z biegiem czasu, kiedy akcja zaczęła się zagęszczać a wydarzenia przyspieszać, odczuwałam autentyczna przyjemność przy czytaniu. Nie znajdziemy tu łatwych tematów, wszystko wydaje się bardzo skomplikowane, nie ma tu dobra ani zła, ponieważ wszystko zależy od miejsca, z jakiego obserwujemy sytuację. Każdy ma swoje racje i niestety nie da się ich pogodzić z sobą.

Dla chcących zapoznać się z książką odsyłam do strony internetowej, gdzie jest ona dostępna.


października 05, 2017

"Zauroczenie" Margit Sandemo

"Zauroczenie" Margit Sandemo

Kiedyś, bardzo dawno temu, nastąpił u mnie pewien przełom, kiedy to porzuciłam literaturę dziecięcą zaznajomiłam się z bardziej "dorosłymi" utworami. Motorem do takiego podejścia u mnie okazała się książka wygrzebana z biblioteczki mojej mamy, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.


"Zauroczenie" Margit Sandemo

Opis z okładki

Siljie, córka Arngrima, miała zaledwie 17 lat, gdy zaraza w 1581 roku zabrała wszystkich jej bliskich. Wygłodniała, zziębnięta, z dwójką osieroconych, przygarniętych dzieci, podążała ku miejscu za miastem, gdzie palono zwłoki zmarłych; tak bardzo pragnęła rozgrzać się przy ognisku. W tej dramatycznej chwili zaopiekował się nią tajemniczy mężczyzna - człowiek z rodu Ludzi Lodu, którego wygląd wzbudzał w dziewczynie strach,a jednocześnie dziwnie przyciągał...


Moja recenzja

Od razu muszę zaznaczyć - jestem w książce zakochana, ślepo jej oddana. Podejrzewam, że jest to sprawa mojego sentymentalizmu, w końcu to była tak naprawdę moja pierwsza książka. Mało powiedzieć książka, jest to saga, która liczy aż 47 tomów. Troszkę przerażające? Nic bardziej mylnego. Jeśli Was wciągnie tak jak mnie, to bez problemu przeczytacie jeden tom dziennie, zwłaszcza, że nie są zbyt długie.
Ale zacznijmy może od początku. Jest rok 1581, czyli dla niektórych zamierzchła przeszłość. Poznajemy młodziutką Siljie, która w środku zimy, wśród ogólnie panującej śmierci, zostaje całkowicie sama bez dachu nad głową. Wszędzie, gdzie nie spojrzy widzi trupy, ofiary zarazy. W swojej wędrówce napotyka dwójkę malutkich sierot, jedno przy zmarłej matce, a drugie porzucone w lesie. W tak trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła, wykazuje się zaskakującą siłą i przygarnia sieroty, choć wie, że przyjdzie jej umrzeć razem z nimi, z głodu bądź zimna. Jedynym ratunkiem wydaje się ognisko, które może ich choć trochę ogrzać. Tyle że ognisko to służy do palenia zwłok.
W tym momencie praktycznie wszystko się zaczyna. Siljie poznaje tajemniczego mężczyznę pochodzącego z budzących lęk Ludzi Lodu. Nie chcę Wam opowiedzieć nic więcej, boję się, że zdradzę za dużo. Wystarczy powiedzieć, że moment ten jest przełomowy, zarówno dla dziewczyny, jak i dla mężczyzny. Daje początek fantastycznej sagi, która niesamowicie mnie wciągnęła.
W tym momencie chcę Wam zrecenzować tylko i wyłącznie ten pierwszy tom, chcę Was nim zainteresować, uświadomić, że warto sięgnąć po całość.
Jest to historia budzącego się uczucia, które w tak niebezpiecznych czasach nie miało prawa zaistnieć. Losy bohaterów są nierozerwalnie związane z magią, jednak nie taką nachalną, typowo fantastyczną. Mamy tu subtelne wprowadzenie do świata czarownic, co w tamtych czasach uważano za oczywistość.
Lubię romanse, jestem miłośniczką fantastyki, więc ta książka była jakby stworzona dla mnie. Jest napisana językiem bardzo przystępnym, wręcz prostym, bez niepotrzebnych udziwnień, dzięki czemu czyta się ją naprawdę szybko i lekko.
Oczywiście ma swoje wady, choć chyba więcej ich mogę znaleźć w dalszych tomach. Można powiedzieć, że treść jest trochę naiwna, pełno w niej dobroci głównych bohaterów (mim, że chcą, żebyśmy myśleli inaczej). Nie jest ona w najmniejszym stopniu realistyczna, choć jest dobrym odzwierciedleniem ówczesnych wydarzeń historycznych i panującej atmosfery (rzecz się dzieje w Norwegii).

Podsumowanie

Polecam, polecam, polecam.
Nie jestem bezstronna w tej recenzji, jak pisałam, jestem w tej sadze zakochana. Mimo to mam nadzieję, że swoją miłością uda mi się kogoś zarazić. Na zdjęciach widać, z jaką częstotliwością były książki czytane, w jakim są  stanie. Nie ma co się dziwić, moje wydanie jest z 1992 roku, od tego czasu wiele przeszło. Jeśli lubicie takie klimaty, spróbujcie przeczytać "Zauroczenie", to tylko dzień, dwa, a może dzięki temu zapragniecie poznać wszystkie historie o Ludziach Lodu.



października 02, 2017

"Obserwator" Charlotte Link

"Obserwator" Charlotte Link
"Obserwator" Charlotte Link

Bardzo lubię czytać thrillery, a w szczególności te psychologiczne. Uwielbiam to napięcie, tajemniczość i niepewność. Niedawno wpadł  mi w ręce "Wielbiciel" Charlotte Link, którego recenzję możecie znaleźć tutaj. Bardzo mi się ta powieść spodobała, mimo że brak było w niej jakiejś większej zagadki. Jestem wierna autorom, którzy wywarli na mnie pozytywne wrażenie, dlatego w mojej bibliotece zagościł kolejny tytuł napisany przez panią Link.

Opis z okładki

Samson to singiel, samotnik i dziwak - bezrobotny i nieszczęśliwy. Szary, zwykły człowiek, który nie rzuca się w oczy. Obserwuje życie obcych mu kobiet. Identyfikuje się z nimi i chce wiedzieć o nich wszystko. Może dlatego, że jego własne życie składało się dotychczas tylko z niepowodzeń i odrzucenia? Z dala, ale pełen oddania, kocha piękną Gillian Ward. Potajemnie bierze udział w jej perfekcyjnym życiu. W tym samym czasie seria okrutnych morderstw wstrząsa Londynem. Ofiary to samotne, starsze kobiety. Zamordowane w wyjątkowo brutalny sposób. Policja szuka psychopaty.

Moja recenzja

 "Obserwator" jest kolejną powieścią, którą udało mi się w ostatnim czasie przeczytać. Jest to historia z pozoru całkiem zwyczajna. Otóż mamy szczęśliwą rodzinę, wręcz idealną. Mamy także samotnego nieszczęśnika, niezdolnego zapanować nad swoim życiem, który w desperacji postanawia żyć życiem innych ludzi. Wydaje się oczywiste, że idealna rodzina Wardów jest dla niego spełnieniem najskrytszych marzeń. Obserwując ich, ma wrażenie, że może uczestniczyć w ich codzienności. Jednak czy na pewno wszystko jest takie wspaniałe? Po pewnym czasie pojawiają się rysy, które zmieniają jego sposób postrzegania sąsiadów.
W tle tych wydarzeń dochodzi do makabrycznych morderstw, pozornie ze sobą niezwiązanych, które wywołują szok w mieszańcach Londynu. Co łączy Gillian z zamordowanymi kobietami? Policja szuka jakiegokolwiek związku, co wydaje się wręcz niemożliwe.
Historia pochłonęła mnie bez reszty. Zagadka była bardzo dobrze przemyślana, dzięki czemu nie tak łatwo było odgadnąć motyw. Dodatkowo zamęt wprowadzał sposób rozumowania mordercy, który był pokrętny i nielogiczny dla większości osób. Jeśli chodzi o samego sprawcę, tutaj można podziwiać kunszt pisarski. Nie podejrzewałam nawet przez chwilę, kto mógł być winny. Byłam całkowicie zaskoczona, co po przeczytaniu tylu thrillerów rzadko się zdarza.
Jedyny zarzut (chociaż to może za dużo powiedziane) mam do momentu wyjaśnienia sprawy. Kto jest winny dowiedziałam się już w połowie drugiego tomu, a rozwiązanie tego problemu wydawało się lekko przeciągnięte w czasie. Nie można tutaj odmówić autorce pomysłowości, choć ja bym akcję widziała w trochę innym otoczeniu. Finał był według mnie lekko przekombinowany.
Mam za sobą dopiero dwie książki Link, ale już zauważyłam pewną prawidłowość. Otóż autorka stawia na pewną niezależność kobiet, co widać w ich końcowym podejściu do związków damsko-męskich. Nie jest to broń boże wada, po prostu inne spojrzenie na te tematy. Dzięki temu książka nie staje się cukierkowa przy zakończeniu, a co za tym idzie wydaje się bardziej prawdziwa. 

Podsumowanie

Jak już pisałam, twórczość Charlotte Link bardzo przypadła mi do gustu. Jej thrillery są przemyślane, zagadki bardzo ciekawe, a bohaterzy prawdziwi. Autorka opisuje postacie w sposób naprawdę sugestywny, nie ma tu osób bladych, niedokończonych. Nawet bohaterzy drugoplanowi mają swój charakter, swoje nawyki, które poznajemy w sposób subtelny, nie nachalny. Jestem pewna, że jeszcze nie raz będę miała przyjemność czytania książek Charlotte Link
.
A Wy mieliście już styczność jej tekstami? Jakie są wasze wrażenia?



września 28, 2017

Książki i ich ekranizacje

Książki i ich ekranizacje


Miłośnicy horrorów na pewno czekali na ten dzień już od dawna. W końcu do kin weszła nowa ekranizacja kultowej już powieści Stephena Kinga, "To". Muszę przyznać, że i ja nie mogłam się wprost doczekać, czym też twórcy filmowi są nas w stanie zaskoczyć tym razem. Zwłaszcza, że książkę mam przeczytaną na świeżo, a jej recenzję znajdziecie tutaj


Z tej okazji postanowiłam bliżej przyjrzeć się powieściom i ich ekranizacjom. Które książki po przeczytaniu możemy obejrzeć na dużym ekranie? Zdaję sobie sprawę, że zestawienie to stanowi przysłowiową kroplę w morzu adaptacji. Nie sposób wymienić wszystkich filmów i nie pominąć choć jednego.
Przedstawiam Wam ekranizacje, które ja miałam przyjemność oglądać, z książkami, które przeczytałam. Pomijam egzemplarze, które znam tylko z jednej strony. Jest to moja prywatna lista, na którą składają się znane mi powieści. Podeszłam do tematu w ten sposób, aby przedstawić Wam mój punkt widzenia, moje przemyślenia i recenzje. Zapraszam.


"To" Stephen King


"To" Stephen King

O książce już u mnie czytaliście, dla przypomnienia powiem tylko, że bardzo mi się podobała. Była jedną z pierwszych powieści Kinga, jaką przeczytałam, a co za tym idzie, jednym z powodów, dla którego postanowiłam zapoznać się z większą liczbą publikacji króla horroru.
Andy Muschietti postanowił zaskoczyć nas nową ekranizacją tej przejmującej historii, dzięki czemu we wrześniu tego roku możemy oglądać w kinach perypetie Klubu Frajerów i Klauna Pennywise. Czy najnowszy film dorównuje samej powieści?

"To" reżyseria Andy Muschietti

Jako zagorzała miłośniczka horrorów, muszę przyznać, że film podobał mi się bardzo. Oczywiście różnił się on w wielu kwestiach od oryginału, jednak każdy, kto oglądał choć jedną ekranizację jakiejkolwiek książki, jest na takie zabiegi przygotowany. Różnice te jednak miały niewielki wpływ na ogólną fabułę i stanowiły pewien skrót dla długiej opowieści.
Żeby nie było za bardzo wesoło (wiem, dziwnie brzmi w przypadku filmu grozy), znalazłam trochę wad, które nie powinny mieć miejsca przy tak dużym przedsięwzięciu. Sam początek, scena z małym Georgiem, jego spotkanie z Pennywisem. Nie wiem, czy tylko ja na to zwróciłam uwagę, ale bardzo mi przeszkadzał sam sposób, w jaki odbyli tą rozmowę. Przydługi dialog, dziwne miny i mało przejmujący głos. Zawsze uważałam, ze ten moment powinien wyglądać troszkę inaczej, powinien być tak jakby streszczeniem grozy, jaka czeka głównych bohaterów. Zamiast tego obserwowałam mało ciekawą pogawędkę, która mnie przerażała tylko dlatego, że znałam z książki jej zakończenie.
Sama postać Pennywisa była zbyt zabawna, jej potencjał był nie wykorzystany w pełni, przez co film sporo stracił w moich oczach. W końcu Klaun był postacią najważniejszą, tytułowym bohaterem. Elementy, które miały wzbudzać strach, wywoływały zdziwienie czy obrzydzenie. Podobnie było z samymi ofiarami. Ich pojawienie się miało szokować. Tyle, że twórcy zapomnieli o pewnej subtelności, która byłaby bardzo pożądana przy kreowaniu takich okropności. Z powodu zbyt mocnych, zbyt krwawych charakteryzacji upiory te wydawały się przerysowane, przekoloryzowane, co zabierało im sporą część prawdopodobieństwa.
Elementem, który denerwuje wszystkich widzów, jest pchanie się bohaterów tam, gdzie wiadomo, że czyha niebezpieczeństwo. Tutaj twórcy poszli stanowczo za daleko. Weźmy na przykład moment, kiedy wszystko wskazuje na twoją rychłą śmierć, drzwi się same zamykają a ty jesteś opuszczony przez przyjaciół z upiorem czającym się gdzieś w kącie. Nagle widzisz trumnę na środku pokoju, która sama się otwiera. Co by zrobił normalny człowiek? Ja bym uciekała gdzie się da. Nawet skakała ze strachu przez okno. Ale oczywiście w filmie dzieciak podchodzi z ciekawością do trumny i jeszcze w niej grzebie. Takich scen było całe mnóstwo. Dziwne dźwięki, potworne postacie, niepokojące obrazy. Wszystko to zdawało się przyciągać ich, co bardzo się kłóciło z ogólnym pojęciem instynktu samozachowawczego. Zdaję sobie sprawę, że mowa tu o fikcyjnych wydarzeniach, jednak przez takie elementy historia nie zyskiwała chociaż odrobiny autentyczności.
Także niektóre postacie nie robiły na mnie dobrego wrażenia. Weźmy na przykład Henrego, jego ruchy, jego miny czy ogólna gra wydały mi się trochę sztuczne, naciągane. Próba zagrania chłopca opętanego, niebezpiecznego i brutalnego nie do końca się udała.
Mam jeden duży zarzut, chociaż może powinien on być skierowany bardziej do Stephena Kinga jako autora i pomysłodawcy. W filmie towarzyszymy w przygodach grupie dzieci, trzynastolatków, którzy zmagają się z grozą. Szczerze nie do końca pamiętam, o czym myślałam w takim wieku, jednak na pewno moje myśli nie były tak przesiąknięte erotyzmem, jak próbuje nam to wmówić autor. Wśród grupy jest dziewczynka, Beverly. Wydaje mi się, że każde jej słowo, każde spojrzenie miało być prowokujące. W filmie uwodziła nawet podstarzałego sprzedawcę, co już całkowicie mnie zniesmaczyło. Zwłaszcza, że była przedstawiana w samych superlatywach jako fantastyczny kumpel. Bardzo się cieszę, że w filmie została pominięta scena ucieczki z kanałów (kto czytał, na pewno kojarzy, o czym mówię). Nie mogłabym na to patrzeć spokojnie, podejrzewam zresztą, że dlatego właśnie twórcy zrezygnowali z nagrywania tego momentu. Ogólnie nie podobał mi się pomysł zrobienia z małej dziewczynki obiektu seksualnego, kłóci się to z moim światopoglądem.
Troszkę sobie ponarzekałam, wymieniłam strasznie dużo wad. Nie martwcie się jednak. Film, mimo kilku aspektów, które wymieniłam, wypadł naprawdę fajnie. Nie jest to może produkcja oskarowa, uważam jednak, że warto poświęcić dwie godzinki i się z nim zapoznać. Jak to w horrorach, są momenty upiorne, straszne. Miłośnikom gatunku mogą wydać się trochę oklepane, ale mimo to ta historia ma coś w sobie. I z zakończenia można wnioskować, że w niedługiej przyszłości możemy liczyć na drugą część.
Jako zagorzała zwolenniczka literatury pokuszę się o stwierdzenie, że książka przebija ekranizację o głowę. Ale można się było tego spodziewać,w końcu  pomysłodawcą fabuły jest Stephen King, który nosi tytuł króla nie bez przyczyny.

"Intruz" Stephenie Meyer

Pamiętacie mój entuzjazm po przeczytania "Intruza"? Dla przypomnienia zajrzyjcie proszę do mojej recenzji którą znajdziecie tutaj. Jest to historia Ziemi po inwazji z kosmosu. Brzmi absurdalnie, prawda? Ale wcale nie jest to kolejna historia science-fiction. Wręcz przeciwnie, nie znajdziemy tu robotów, dziwnych statków kosmicznych, nie poznamy pozaziemskich technologii. Cała fabuła opiera się raczej na poznawaniu ludzkości wraz z jego wadami i zaletami. Obserwujemy proces poznawania oczami istoty obcej, która musi albo zwalczyć w sobie zalążek człowieczeństwa, albo się mu poddać.

"Intruz" Stephenie Meyer

Jak już wiecie z mojej recenzji, książka wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Stephenie Meyer bardzo miło mnie zaskoczyła. Po przeczytaniu sagi "Zmierzch" kojarzyłam ją raczej z literaturą bardziej młodzieżową, dobrą, ale jednak bez jakiejś konkretnej głębi. "Intruz"zmienił całkowicie moje postrzeganie autorki. Mimo, że poruszany jest tu temat bardzo abstrakcyjny (jak inaczej nazwać inwazję kosmitów?), książka wydaje się dojrzała, przejmująca, poruszająca ważne elementy codzienności.
Byłam tak oczarowana, że postanowiłam obejrzeć jej ekranizację. Nie wiem, czemu wcześniej nie zwróciłam uwagi na ten film, jakoś umknęła mi jego premiera.

"Intruz" reżyseria Andrew Niccol


W roku 2013  Andrew Niccol przedstawił nam obraz świata tuż po inwazji. Pierwowzorem oczywiście była powieść Stephenie Meyer, w której poznajemy świat oczami przybysza. Byłam bardzo ciekawa, jak reżyser poradzi sobie z trudnymi tematami poruszanymi w książce i czy sprosta wymaganiom.
Jak wiecie, powieść bardzo mi się podobała, już chociażby dlatego film uznaję za wart obejrzenia. Tylko czy przedstawia on sobą taką samą wartość? Tutaj niestety muszę was rozczarować. Mimo, że ekranizacja według mnie nie należała do złych, pozostaje daleko w tyle za powieścią.
Co dokładnie mam jej do zarzucenia? Bardzo przeszkadzał mi sposób przedstawienia monologu wewnętrznego Melanie i Wandy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to łatwy temat i niechcący można go spłycić, po prostu film nie oddaje w pełni wszystkich emocji, jakie targają głównymi bohaterkami. Na pewno słowem pisanym o wiele łatwiej wyrazić wszystkie uczucia, nie uzewnętrzniając się ponad miarę.
O wiele za mało było także momentów ogólnego poznawania człowieczeństwa przez Wandę. Według mnie był to jeden z najważniejszych tematów książki, w filmie spadł jednak na plan dalszy. Przez to ekranizacja straciła swoją głębię, stała się zwyczajną historią o kosmitach (mimo że bardzo dobrą). Emocje targające Wagabundą nie były pokazane w jakiś szczególny sposób, czego się spodziewałam.
Sceną, która najmniej mi się podobała, był pościg za ciężarówką. Nie dlatego, że złe efekty specjalne czy zła gra aktorska. Był to moment tak mało realny, ze nawet film science-fiction nie powinien go zawierać. Łowcy przecież mieli wszystkich jak na dłoni, co więc sprawiło, że wypuścili resztę, a na dodatek nie postanowili ich śledzić? Był to moment bardzo niedopracowany, który zepsuł cały efekt dobrego filmu.
Są też zalety produkcji. Temat trójkąta miłosnego (czy może czworokąta, już sama nie wiem) był bardzo ciekawy. Film oglądałam z mężem, który nie czytał powieści i wątek ten przykuł jego uwagę. Nie znał zakończenia i nie mógł się doczekać rozwiązania tego galimatiasu sercowego. Bardzo dobrze zostało także zobrazowane życie w jaskiniach, panujący tam klimat i charakter tego miejsca. Nie mogę także nic złego  powiedzieć o obsadzie aktorskiej, choć muszę przyznać, że do Melanie musiałam z początku przywyknąć. Wyobrażałam ją sobie całkiem inaczej, jednak po pewnym czasie zaakceptowałam Saoirse Ronan w tej roli.
Podsumowując, film wypadł naprawdę dobrze, obejrzałam go z prawdziwą przyjemnością. Oczywiście książka według mnie była lepsza, głębsza i o wiele bardziej wciągająca, mimo to nie mam wielkich zarzutów co do ekranizacji. Nie było tu w żadnym wypadku nadmiaru efektów specjalnych czy latających spodków, co ja uznaję za duży plus. Historia została przedstawiona subtelnie, dzięki czemu jesteśmy w stanie wczuć się w sytuację bohaterów.


"Komórka" Stephen King


"Komórka" Stephen King



Moja ostatnia dziś recenzja filmowa także będzie dotyczyć twórczości Stephena Kinga. "Komórkę" opisywałam wam na początku mojej przygody z blogowaniem, a jej ocenę znajdziecie tutaj. Mogę wam przypomnieć, że dość dobrze ją odebrałam, pomimo brutalnego i krwawego tematu. Dlatego postanowiłam sięgnąć także po ekranizację. 

" Komórka" reżyseria Tod Williams

W 2016 roku weszła do kin ekranizacja powieści reżyserii Toda Williamsa. Jak widzimy na plakacie, główne role obsadzone zostały samymi sławami, John Cusack czy Samuel L. Jackson są mocnym argumentem przemawiającym na korzyść filmu. Zostałam miło zaskoczona tą obsadą,  ponieważ wcześniej obawiałam się podrzędnej produkcji, tak typowej dla tej tematyki. Może sławni aktorzy nie gwarantują sukcesu, jednak na pewno zwiększają jego prawdopodobieństwo.
Tutaj na szczęście się nie zawiodłam. Aktorzy byli na swoim miejscu, pasowali do ról, jakie odgrywali, dzięki czemu film był naprawdę przyjemny w odbiorze. Oczywiście w porównaniu z książką zostały wprowadzone pewne zmiany w bohaterach, jak chociażby postać Toma McCourt, który w oryginale był białym, krępym mężczyzną nie mającym nic wspólnego z Jacksonem. Ekranizacje rządzą się swoimi prawami i zmiany takie są często wprowadzane, dlatego nie raziły one za bardzo.
"Komórka" jest to historia krwawa i właśnie tego należało się spodziewać po filmie. Początek jest pełen przemocy i agresji, a z biegiem akcji gniew ten zyskuje pewne ukierunkowanie, wcale nie pomyślne dla bohaterów. Ludzie pod wpływem Plusu zostali pokazani bardzo sugestywnie, wręcz przerażająco, chociaż nie byli w jakiś specjalny sposób ucharakteryzowani. Wystarczyły miny, najpierw nieobecne, jakby zahipnotyzowane, by potem przerodzić się w grymas gniewu i żądzę mordu.
Jedyne, co mnie rozczarowało, to zakończenie. W powieści mamy do czynienia z zakończeniem niedokończonym, dającym możliwość samodzielnego wykreowania dalszych losów. Tutaj niestety powstał pewien bałagan, nie wiadomo, co jest prawdziwe i  czy historia w ogóle ma szansę się zakończyć. Właśnie z tego powodu na pierwszym miejscu stawiam książkę, mimo że nieczęsto czytuję powieści o takiej tematyce. 

Podsumowanie

Przedstawiłam wam trzy ekranizacje powieści, które miałam okazję obejrzeć. W planie było ich znacznie więcej, nie przewidziałam jednak, jak obszerne będą to opisy. Aby was nie zanudzić postanowiłam na ten moment ograniczyć się tylko do tych filmów, choć nie wykluczam w przyszłości kontynuacji tematu.
Pewnie zauważyliście, że przy każdej pozycji stanowczo wybieram książkę jako tą lepszą alternatywę. Nie powinno to nikogo dziwić, w końcu jestem zatwardziałą książkoholiczką. Duże znaczenie ma też fakt, że z powieściami zapoznałam się wcześniej i nie miałam okazji ich z niczym porównać, co w znaczący sposób wpłynęło na mój odbiór. Mimo to polecam oglądanie ekranizacji jako całkiem nowe spojrzenie na tematykę zawartą w literaturze.



września 22, 2017

"Twoje serce należy do mnie" Dean Koontz

"Twoje serce należy do mnie" Dean Koontz
"Twoje serce należy do mnie" Dean Koontz



Mimo, że przygodę z blogowaniem zaczęłam całkiem niedawno, na mojej stronie można już znaleźć sporo recenzji dotyczących książek Koontza. Jego powieści towarzyszą mi już od jakiegoś czasu, sięgam po nie dość często pomiędzy innymi gatunkami literackimi. Traktuję je trochę jak coś znanego, coś, po czym wiem, czego się spodziewać. Tym razem zdecydowałam się na tytuł "Twoje serce należy do mnie".

Opis z okładki

Trzydziestoletni Ryan Perry, twórca internetowego imperium, ma świat w garści. Jest bogaty i szczęśliwie zakochany - czyż mógłby pragnąć więcej? Niespodziewanie dowiaduje się, że cierpi na nieuleczalną, śmiertelną chorobę serca. Jego życie może uratować tylko przeszczep, a lista oczekujących jest długa. Choroba wyciska na nim piętno - Ryan Popada w paranoję, prześladują go niepokojące wizje i podejrzenia wobec osób z najbliższego otoczenia, także ukochanej Samanthy. Czy ktoś próbował go otruć? W końcu decyduje się na zmianę kardiologa. Na nowe serce nie musi długo czekać. Rok później znowu czuje się jak młody bóg... i nagle dziwne wydarzenia i wizje powracają. Ktoś zaczyna przesyłać mu zagadkowe prezenty: walentynkowe serduszka z wyznaniem Bądź mój, złoty wisior w kształcie serca. I wiadomość: Twoje serce należy do mnie. Wszystko wskazuje na to, że dawca chce odzyskać swoje serce...

Moja recenzja

Fabuły nie trzeba raczej tłumaczyć, wszystkie najważniejsze elementy zostały zawarte w opisie samej książki. Niestety opis ten dużo zdradza, tak naprawdę prowadzi nas przez prawie całą powieść. Na szczęście dla czytelników, autor opisu nie zdradza wszystkiego, choć to, co zostało napisane zmniejszy niestety przyjemność z czytania. Mamy tu bowiem przekrój wszystkich ważniejszych wydarzeń, które spotykają głównego bohatera.
Mamy młodego, bogatego mężczyznę, któremu w życiu niczego nie brakuje. I nagle dowiaduje się on, że zostało mu niewiele życia, a operacja ratująca życie jest tylko odległym marzeniem. W takiej sytuacji człowiek nie myśli racjonalnie, podejmuje decyzje, o które w normalnych warunkach by się nie podejrzewał, a które mają wielki wpływ na postrzeganie otoczenia. Nie zdradzając szczegółów, powiem tylko, że chęć przeżycia może być na tyle silna, aby sprzeniewierzyć się wyznawanym przez siebie wartościom i zrobić coś naprawdę złego. Gorsze jest chyba tylko to, że główny bohater próbuje sam przed sobą ukryć ten postępek, udaje, że nie zna odpowiedzi i jest całkowicie niewinny. Jego postępowanie ma bardzo negatywne skutki, zarówno dla niego, jak i dla jego najbliższych.
Temat książki jest bardzo ciekawy, można powiedzieć, że aktualny. Ile osób jest skazanych na powolne umieranie w oczekiwaniu na ratującą życie operację? Jaki odsetek tych nieszczęśników, mając środki i możliwości, złamałoby prawo aby się uratować? Niestety nie tylko o prawo tu chodzi, a o ludzkie życie, które trzeba poświęcić dla ratowania innego. Także ta zimna obojętność bohatera, jego teoretyczna niewiedza, wzbudza politowanie czytelnika, odbiera mu tą nić sympatii, którą mogła wzbudzić historia choroby i leczenia.
Zakończenie było według mnie najlepszym elementem całej powieści. Zaskakujące, gwałtowne, uświadamiające. Po przebrnięciu przez dość długą fabułę, która nie wnosiła żadnych konkretnych niespodzianek, sam finał wydał się eksplozją zdarzeń, dzięki którym znajdujemy w końcu odpowiedzi na nurtujące pytania.

Podsumowanie

Mimo dość ciekawej fabuły i zaskakującego zakończenia, książkę tą mogę zaliczyć co najwyżej do dobrych. Na minus działa tu dość powolna z początku akcja, która może zniechęcić już na samym starcie. Druga część jest już pod tym względem znacznie lepsza, choć ciągle miałam w pamięci to dość przeciętne wprowadzenie. Ci, którzy czekają na pełną napięcia intrygę, muszą się uzbroić w cierpliwość.

A wy macie jakieś doświadczenia z twórczością Deana Koontza?



września 18, 2017

"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne

"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne
"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne


Thrillery psychologiczne ostatnio dość  często goszczą na mojej półce. Lubię ten dreszcz, to napięcie, jakie serwują nam ich autorzy. Dlatego kiedy w sklepie znalazłam "Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne wiedziałam, że będzie to książka dla mnie.

"Bliźnięta z lodu" S.K. Tremayne

Opis z okładki

Rok po tym, jak w wypadku ginie jedna z bliźniaczek jednojajowych, Lydia, Angus i Sarah Moorcroft przeprowadzają się na maleńką wysepkę, którą Angus odziedziczył po babci. Liczą na to, że będąmogli tam podnieść się z traumy. Jednak gdy ich żyjąca córka, Kristie, twierdzi,ze pomylili jej tożsamość - i że w żeczywistości jest Lydią - koszmar powraca.
Zbliża się zima i Angus jest zmuszony opuścić wyspę, by podjąć pracę. Sarah czuje się odizolowana, a ich córka staje się coraz bardziej niespokojna. Gdy potężny sztorm odcina je od świata, zmuszone są stawić czoła temu, co naprawdę wydarzyło się tamtego feralnego dnia.

Moja recenzja

Jeśli tylko książka jest oznaczona jako thriller psychologiczny, moje ręce automatycznie się do niej wyrywają. Tak było i tym razem. Dodatkowym atutem przemawiającym na jej korzyść była okładka, która obiecywała mocne wrażenia. Nie widzimy tu niby nic nadzwyczajnego, dwie dziewczynki obserwujące latarnię. Jednak patrząc na tą scenę można poczuć pewne wyobcowanie, obawę, a nawet strach.
Mamy tu młode małżeństwo, które pragnie powrócić do normalności po wstrząsającej tragedii, jaka ich spotkała. W wypadku zginęła ich córka, co całkowicie zmienia ich wzajemne nastawienie. Sytuacji nie polepsza fakt, że żyjąca Kirstie, identyczna siostra bliźniaczka zmarłej dziewczynki zaczyna zachowywać się w sposób bardzo niepokojący. Czy jest możliwe, ze rodzice przez rok od tragedii nie poznali, która córka przeżyła? Sytuacja wydaje się bardzo skomplikowana, nie ma fizycznej możliwości udowodnienia, która dziewczynka pozostała przy życiu.
Historię poznajemy z dwóch perspektyw, Angusa i Sarah. Możemy wczuć się w ich emocje, zgłębić ich obawy. Sugestywny jest fakt, że wersję Sarah poznajemy w pierwszej osobie, to ona nam opowiada o sobie i swojej rodzinie. Za to postać Angusa poznajemy z narracji w osobie trzeciej. Przyznaję, że miało to wpływ na moje postrzeganie rzeczywistości.
Od samego początku powieści ciężko jest się domyślić, jak naprawdę wygląda sprawa z bliźniaczkami, która miała wypadek, a która przeżyła. Wersja każdej ze stron jest inna i do końca nie wiadomo, kto w tym wszystkim ma rację.
Spodziewałam się całkiem innego zakończenia,  finał mnie zaskoczył, i to bardzo. Dzięki temu cała powieść zyskała w moich oczach. Rzadko się zdarza, aby zakończenie było tak niespodziewane, wręcz szokujące. Pod sam koniec powieści  wydawało mi się, że znalazłam już wyjaśnienie całego zamieszania, że wiem, co się tak naprawdę wydarzyło. Ależ było moje zdziwienie, kiedy przeczytałam ostatni rozdział.
Jeśli czekacie na jakąś wadę, to mogę wytknąć autorowi jedną. Z początku książka mi się troszkę dłużyła. Opisy sytuacji były czasami bardzo nużące, przeciągały akcję, co mnie zniechęcało do dalszego czytania. Na szczęście potem zaczęło się robić naprawdę ciekawie, a tajemnica, jaką stawiał przed nami autor, zmusza do kontynuowania lektury.

Podsumowanie

Jestem zdziwiona zakończeniem, mogę nawet powiedzieć, że wstrząśnięta. Fakt ten stawia powieść na bardzo wysokim miejscu na mojej liście. Oczywiście ma swoje wady, które na szczęście z biegiem całej historii idą w zapomnienie. Troszkę zmyliła mnie klasyfikacja jako thriller psychologiczny. Osobiście wcale nie jestem pewna, czy też bym przypisała powieści tą etykietę. Tyle, że nie umiem powiedzieć, jaki gatunek literacki byłby bardziej na miejscu, dlatego pozostanę przy thrillerze. 
Polecam każdemu, kto lubi mroczne opowieści, rodzinne sekrety czy niewyjaśnione tragedie.



Copyright © 2016 Z mojej biblioteki , Blogger