listopada 30, 2017

"Dziecko" Torey L. Hayden

"Dziecko" Torey L. Hayden

Dawno mnie tu nie było. Przybyło mi trochę nowych obowiązków zawodowych i czas jakoś ucieka. Nie znaczy to wcale, że w międzyczasie nie czytam książek, czytam, i to sporo. Lektura jest dla mnie najlepszym odpoczynkiem po ciężkim dniu. Niestety na pisanie już zabrakło możliwości. Ale już jestem z powrotem i postaram się zapoznać was z lekturami, które ostatnio wpadły mi w ręce.


"Dziecko" Torey L. Hayden

"Dziecko" - Historie prawdziwe

 
Książka okazała się dla mnie nieco problematyczna, a to za sprawą braku opisu. Nie lubię takich niespodzianek, w końcu jest tak mało czasu na czytanie rzeczy, które nas interesują, więc lepiej unikać tekstów mało interesujących. Mam jednak słabość do historii prawdziwych, postanowiłam więc spróbować. Zwłaszcza opowieść o dziecku (miałam nadzieję, że to nie jakiś typ metafory i dziecko rzeczywiście tam będzie) przyciągała mnie i kusiła. Nie pozostało mi nic innego, jak się o tym przekonać na własnej skórze.

Recenzja i moje spostrzeżenia

Już z pierwszej strony dowiadujemy się, że narratorką i jednocześnie autorką powieści jest nauczycielka. Nie jest to jakaś pierwsza lepsza nauczycielka, a osoba zajmująca się dziećmi z zaburzeniami emocjonalnymi. Trochę tak podręcznikowo zabrzmiało, chodzi głównie o dzieci, z którymi normalny pedagog niekoniecznie da sobie radę.
Poznajemy specyfikę tego zawodu, uczestniczymy w zajęciach dość niecodziennej klasy. A w końcu spotykamy tytułowe dziecko. Jest to mała dziewczynka, około sześcioletnia, która pakuje się w poważne tarapaty. Zadziwiające, ale tak mała istota ma na swoim koncie znęcanie się i okaleczenie swojego młodszego kolegi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić takiej sytuacji, jednak ze względu na to, że książka oparta jest na faktach, musiałam się z tym pogodzić.
Sheilę poznajemy w momencie, kiedy oczekując na umieszczenie w szpitalu psychiatrycznym trafia do klasy autorki. Widzimy dzikie dziecko, nienawykłe do kontaktów międzyludzkich, agresywne. Z opisu mamy wrażenie, ze dziewczynka nie miała kontaktu z cywilizacją, a jej jedynym zadaniem jest obrona przed nieznanym zagrożeniem. Brudna, wychudzona, bita, wszystko to składa się na obraz dziecka niesamowicie nieszczęśliwego, które zostało już spisane na straty.
Książka została napisana w 1980 roku więc wydarzenia te miały miejsce jeszcze wcześniej. Nie sprawdziłam tego przed lekturą i przeżyłam lekki szok. Zdziwiła mnie postawa opieki społecznej, sądu oraz innych odpowiedzialnych za to osób. Data uświadomiła mi jednak, że nie tak dawno temu pomoc dzieciom krzywdzonym wcale nie miała miejsca. Dziecko głodzone nie znajdowało nigdzie ratunku, chyba że doszło do tragedii. W tamtych czasach raczej nie zapobiegano takim sytuacjom a dopiero karano winnych. Decyzje pozostawiano rodzicom i nie ingerowano w metody wychowawcze, co niestety w przypadku Sheili mogło się skończyć tragicznie.
Wychowywana przez ojca alkoholika, porzucona w brutalny sposób przez matkę, stała się niezwykle agresywną i dziką dziewczynką. W dodatku zamiast pomocy sąd zsyła ją do szpitala psychiatrycznego, ponieważ nie ma innego pomysłu, co z nią zrobić. Nie ma psychologów, instytucji opiekuńczych, a opieka społeczna zajmująca się jej przypadkiem nie może albo nie chce zmusić ojca do dbania o córkę. Wszystko to w dzisiejszych czasach wydaje się niedorzeczne. Oczywiście nie mówię o biedzie i przemocy, tej niestety jest w nadmiarze. Bardziej tu myślę o postawie społeczeństwa i władz.
Dodatkowym szokiem były kary cielesne, które wymierzał nie kto inny, a dyrektor szkoły. Torey, która chciała się im przeciwstawić, została postraszona zwolnieniem z pracy. Dla mnie to totalny matrix, chociaż wiem, że nie tak dawno temu była to norma.

Czy warto przeczytać?

Mogę tylko powiedzieć, że warto. Historia jest niezwykle poruszająca i wzruszająca. Daje nadzieję na lepsze jutro nawet w sytuacjach zdawałoby się beznadziejnych. Nie liczcie na szybką akcję, zawrotne tempo i fabułę pełną przygód. W tej powieści liczy się coś zupełnie innego. Liczy się drugi człowiek, jego spojrzenie na świat, potrzeby i marzenia.
Jest to opowieść o dziecku, które z przestraszonego małego potworka staje się śliczną dziewczynką. A to za sprawą odrobiny miłości i zainteresowania. Tylko tyle wystarczy, aby zapewnić maluchowi szczęście i dobry start w przyszłość.

Czytacie historie oparte na faktach? a może wolicie raczej fikcję literacką?


listopada 10, 2017

"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński

"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński

Niedawno zostałam poproszona przez pana Piotra Tymińskiego o zrecenzowanie jego książki "Wołyń bez litości". Mimo, że dość sceptycznie podchodziłam do historii wojennych, postanowiłam spróbować. Nie jestem miłośniczką historycznych powieści, chyba że to romans. Byłam raczej nastawiona na zbiór pewnych faktów z przeszłości, coś na kształt lekcji historii, które nie należały do moich ulubionych. Moje wrażenia po lekturze przeczytasz poniżej.


"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński


"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński - opis z okładki


Rok 1943. Kiedy sprzymierzeni na frontach II Wojny Światowej przełamują potęgę III Rzeszy, na Wołyniu dochodzi do eksterminacji Polaków. Stanisława Morowskiego spotyka osobista tragedia, a kolejne miesiące jego życia wypełnia nieustanna walka o przetrwanie. Dynamicznie rozwijająca się akcja książki ukazuje politykę niemieckich okupantów, bezwzględność ukraińskich nacjonalistów i dwulicowość sowieckich partyzantów. Tłem dla opisanych wydarzeń są urokliwe plenery, gdzie żyją ludzie przywiązani do tradycji i ziemi.

Powieść oparta na autentycznych wydarzeniach.

Moje wrażenia

Jak pisałam wyżej, do książki podchodziłam raczej ostrożnie. Trochę bałam się, w jakiej formie będą przedstawione fakty. Zaczęłam więc czytać z pewną obawą. Nie przeczytałam jednej strony, a już akcja mnie porwała. Od początku powieści autor w sposób dosadny pokazuje nam, o jakim okresie historycznym pisze, nie ma tu miejsca na litość czy współczucie. Czas II Wojny Światowej był momentem, który ludzie pamiętają jako krwawy, brutalny i pełen niepotrzebnej przemocy. I tak właśnie opisuje to pan Tymiński.
Powieść zaczyna się od tragicznego momentu, który popchnął głównego bohatera do dalszych zdecydowanych działań. Koszmar, jaki stał się udziałem Stanisława, przechodzi nasze najśmielsze wyobrażenia. Niby zna się fakty historyczne, wiadomo jak wyglądała wojna. Ale jeśli nie poznasz tematu z pierwszej ręki, to nie zdajesz sobie sprawy, jaki to był strach.
Staszkowi towarzyszymy w trudnym czasie po tragedii, kiedy atakowana ludność cywilna staje się bezbronna, mordowani są wszyscy Polacy, łącznie z kobietami, starcami i dziećmi. Opisy tych zbrodni są przejmujące, rodem z horroru. Czytałam wiele horrorów a nigdy nie byłam tak przerażona. Wynika to z faktu, że fikcja ma ten atut, że wiadomo, że jest zmyślona. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwą historią prawdziwych ludzi. Ich ból był odczuwalny na każdej stronie powieści.
Najbardziej bolały mnie opisy torturowanych i zabijanych dzieci. Według mnie w ludziach tak postępujących nie mogło być nawet odrobiny człowieczeństwa. I nie ma tu wytłumaczenia, że to czas walki, bo dzieci nie walczyły. Przerażający jest fakt, że takich morderców były całe setki. Bez skrupułów zabijali, kaleczyli i palili, tak naprawdę tylko dla zabawy. Nie było tu ani większego sensu, ani konkretnego celu.
Ojcowie mordowali swoich bliskich uznając ich za wrogów, brat zabijał brata. Pamiętam scenę, w której ojciec nie chciał zabić swojej rodziny. Został za to zatłuczony siekierą, a jego najbliżsi i tak zginęli. Był też moment, kiedy cała rodzina spłonęła w domu podpalonym przez najeźdźców, ponieważ ojciec nie dał zgwałcić swoich córek, woleli wszyscy umierać w męczarniach. Takich scen w tej książce jest mnóstwo, każda opowiada dzieje konkretnej rodziny czy osoby.
Zakończenie książki, choć na pozór szczęśliwe, pozostawia sporą niepewność, co przyniesie jutro. Brakowało mi tutaj jakiegoś podsumowania, chociaż zdaję sobie sprawę, że w tamtych czasach nie było czasu na świętowanie happy endów. Obowiązek wobec ojczyzny i bezbronnych ludzi nękanych przez wroga był ważniejszy niż osobiste sprawy.

Podsumowanie

Jestem książką szczerze zachwycona. Z początku obawiałam się jej, może wynikało to z mojej niechęci do historii wojennych, jak i historii ogólnie. Jednak szybko zmieniłam zdanie. Powieść ta nauczyła mnie o wiele więcej o naszej przeszłości niż lekcje historii przez całą moją karierę edukacyjną. Do tej pory byłam raczej ignorantką w tej dziedzinie (aż wstyd się przyznać).
Jest to poruszająca historia bezbronnych, atakowanych Polaków pokazana oczami świadka i zarazem ich obrońcy. Od decyzji, jakie podejmował Staszek, zależało niejednokrotnie życie wielu ludzi. Chęć niesienia pomocy była silniejsza od strachu o swoje życie, co napawa optymizmem i nadzieją, że jednak te tragiczne okoliczności nie złamały ducha we wszystkich.
Pozostaje mi tylko polecić z czystym sumieniem. Naprawdę warto, jeśli nie ze względu na wartości historyczne, to dla głównego bohatera i jego przyjaciół, którzy wykazali się bohaterstwem i odwagą.

Lubicie książki oparte na faktach? Czy może wolicie raczej fikcję literacką?




października 30, 2017

"Zielony Blask" Victoria Holt

"Zielony Blask" Victoria Holt

Tych, którzy czytali mój ostatni post, na pewno nie zaskoczy, że dziś powracam znowu do twórczości Victorii Holt. Jestem zachwycona jej powieściami i wcale nie będę płakać, jeśli uda mi się moją fascynacją kogoś zarazić. A uwierzcie mi, że warto.

"Zielony Blask" Victoria Holt

Opis z okładki

Jessica pragnie życia romantycznego i pełnego przygód. Kiedy więc bogaty poszukiwacz opali kupuje rodzinną rezydencję Claweringów, nie bacząc na zakazy zawiera z nim przyjaźń. Dzięki niemu poznaje historię najwartościowszego z opali, legendarnego Zielonego Blasku. Zniknięcie tego kamienia w tajemniczy sposób wiąże się z losami Jessici i jej bliskich. Za sprawą możnego opiekuna Jessica wychodzi za mąż, wyjeżdża na drugą półkulę i zostaje panią wspaniałej rezydencji na południu Australii - Pawiego Domu. Tam, całkowicie osamotniona, przeżywa chwile grozy. Zaczyna rozumieć, że nie tylko kamień, lecz także jej życie będzie stawką w grze.

Moja recenzja

Jestem romantyczką, chociaż staram się to na co dzień ukrywać. Ale już wybierając lekturę, często jednym z kryteriów jest wątek miłosny. Nie mam tu na myśli typowych Harlequinów, chociaż i takie zdarzało mi się czytać. Od dobrego romansu oczekuję elementu zaskoczenia, trochę niebezpieczeństwa i mnóstwa przygód. Dlatego tak cenię sobie twórczość Victorii Holt, która zawiera wszystkie te punkty.
Nie inaczej jest w przypadku "Zielonego Blasku", o czym spróbuję Was właśnie przekonać. Ten ciekawy romans historyczny wciągnął mnie bez reszty. Poznajemy młodą Jessicę, której życie do tej pory było co najmniej nudne, czasami wręcz przykre. Monotonia codzienności na szczęście nie zabiła w niej zamiłowania do przygody, które ujawni się w dogodnym momencie. A moment ten nadchodzi szybciej niż mógłby ktokolwiek przypuszczać. Jessica staje przed trudnym wyborem między pozostaniem w rodzinnym domu, gdzie nikt zdaje się nie żywi do niej cieplejszych uczuć, a wyruszeniem w podróż pełną przygód z człowiekiem całkowicie obcym, a do tego niesamowicie dumnym i pewnym siebie.
Żeby nie było za wesoło, przeszłość bohaterki osnuta jest tajemnicą, której nikt nie chce wyjawić. Przyszłość natomiast może okazać się bardzo niebezpieczna, a losy Jessici dalekie od szczęśliwych. W to wszystko wplątane jest silne uczucie, którego nikt się nie spodziewał, a które zdaje się nie ma szansy na happy end.
Uwielbiam książki tej autorki, przeczytałam ich już sporo i znam jej styl. Dlatego zakończenie nie było dla mnie jakąś wielką niespodzianką, chociaż i ja w pewnym momencie dałam się zwieść pozorom. Gwarantuję, że dla osób dopiero zaznajamiających się z tymi powieściami, finał będzie nie lada zaskoczeniem.

Podsumowanie

Świetna. Zaskakująca. Romantyczna. Nie znalazłam w tej książce jakiś rażących wad, nie umiem wskazać choć jednej. Mogę się tylko przyczepić, że ogólnie powieści Victorii Holt są pisane jednym stylem i po pewnym czasie już można wysnuć przypuszczenia co do fabuły. Jednak dla osób, które dopiero zaczynają z nią przygodę, na pewno będą nie lada zaskoczeniem. Polecam z czystym sumieniem, zwłaszcza romantykom, choć wątek miłości nie jest tutaj najważniejszy.

Jaki jest wasz ideał romansu? A może wcale takich książek nie czytacie?





października 24, 2017

"Oczy Żbika" Victoria Holt

"Oczy Żbika" Victoria Holt
Macie ochotę na odrobinę romansu? Ale takiego nietypowego, bardzo niejednoznacznego i z nutą tajemnicy. Ja postanowiłam na jakiś czas odpocząć od horrorów, thrillerów i innych przerażaczy. Zamarzyło mi się przeczytać coś lekkiego, szybkiego i jednocześnie bardzo ciekawego. Moją faworytką w tym gatunku jest Victoria Holt, a że ostatnio udało mi się nabyć kilka jej książek, to dziś z entuzjazmem prezentuję wam recenzję jednej z nich.

"Oczy Żbika" Victoria Holt

  Opis z okładki

Ojciec Nory wyjechał do Australii, aby szukać złota. Niestety, miast bogactwa znajduje śmierć. Dziewczynę na odległy kontynent sprowadza przyjaciel ojca nazywany Żbikiem, obdarzony nieodpartym urokiem i tajemniczym magnetyzmem. Po Norę przyjeżdża do Anglii jego syn.
Victoria Holt, ciesząca się ogromną popularnością autorka romansów, i tym razem nie zawodzi czytelnika. Dawna obsesja stająca na przeszkodzie wielkiej miłości, egzotyczne krajobrazy Australii i przede wszystkim porywające losy bohaterki czynią z tej książki lekturę wzruszającą i piękną.

Moja recenzja

Książki Victorii Holt towarzyszą mi praktycznie przez całe dorosłe życie. Przeczytałam ich już sporo, chociaż jeszcze drugie tyle na mnie czeka. Zdążyłam poznać jej styl, który bardzo mi się podoba. Czytając "Oczy Żbika", myślałam, że będzie to typowy romans historyczny, gdzie na końcu okazuje się, że wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Uprzedzam już zainteresowanych, powieść rzeczywiście jest historyczna, romansu też tu nie brakuje. Jest też mnóstwo przygód, jakimi los obdarowuje główną bohaterkę. Tyle, że nie do końca jest to taki zwyczajny romans.
Nora, po śmierci ojca, zostaje sama na świecie. Jedyną jej szansą jest wyjazd do Australii, gdzie mieszka człowiek wybrany dla niej na opiekuna. O Żbiku wiele się mówi, z opowiadań wyłania się człowiek władczy, nietypowy, pewny siebie. Jest on niewątpliwie postacią dominującą w tej książce, ma duży wpływ na losy innych bohaterów. Niestety nie zawsze jego decyzje są zgodne z życzeniami innych, co nie przeszkadza mu dążyć do celu.
Jak to w romansach, miłość odgrywa tu dużą rolę. Nietypowe jest to, że sama bohaterka nie jest zdecydowana co do kogo czuje. Daje sobą manipulować, oddaje swój los w ręce innych i pozostawia im decyzję o swojej przyszłości. Nie oznacza to absolutnie, że jest to postać słaba, nieraz daje o sobie znać jej silny charakter. Jednak jej niezdecydowanie w niektórych, można powiedzieć kluczowych, kwestiach jest wręcz irytujące. Nie tylko Nora daje sobą manipulować, jest także Stirling, syn Żbika, który słowa ojca uznaje za świętość i swój los powierza jego decyzji. Właśnie w tym wszystkim najdziwniejsze jest to, że postacie te nie są w najmniejszym nawet stopniu słabe czy bezbronne, a mimo to nie są panami swoich losów.
Wpływ tytułowego bohatera jest tak duży, że nie można być pewnym szczęśliwego zakończenia, jakie w innych romansach byłoby nieuniknione. Na każdym kroku pojawiają się wyimaginowane przeszkody, które stoją na drodze miłości. Tylko czy taka miłość naprawdę jest warta zachodu? W końcu powinno to być uczucie przenoszące góry, a tutaj mała niedogodność staje się nie do pokonania.
Jak to w książkach tej autorki bywa, dużą rolę odegrał tu także wielki stary dwór. Podobnie było w "Pani na Mellyn", o której już wam pisałam. Obsesja na punkcie starego domostwa, jego uwielbienie i chęć posiadania były bardzo ważnymi czynnikami, które strasznie namieszały w życiu bohaterów. Czy było warto, pozostawiam Wam do oceny.

Podsumowanie

Mimo tego, że wątek miłosny okazał się dość nietypowy, książka bardzo mi się podobała. Czytałam ją z wypiekami na twarzy, głównie ze względu na pełne przygód losy Nory. Jeśli chodzi o temat uczucia, to nie był on dla mnie całkowitym zaskoczeniem, Victoria Holt już kilka razy zastosowała taką niecodzienną taktykę. Polecam zwłaszcza dla miłośników przygód i romansów umiejscowionych w minionych latach.
Ja jestem absolutnie zachwycona książkami Victorii Holt, już sięgam po następną. A czy Wy czytaliście którąś z jej powieści? Jakie wrażenia?





października 19, 2017

"Joyland" Stephen King

"Joyland" Stephen King

Cóż tu dużo pisać. Jak już wam wcześniej kilka razy wspomniałam, postanowiłam zapoznać się bliżej z twórczością Stephena Kinga. Dziś padło na "Joyland", chociaż ostrzegam, że to jeszcze nie koniec przygody z królem horroru.

"Joyland" Stephen King

Opis z okładki

Devin Jones, student college'u, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. Tam jednak zmuszony jest zmierzyć się z czymś dużo straszniejszym: brutalnym morderstwem sprzed lat, losem umierającego dziecka i mrocznymi prawdami o życiu - i tym, co po nim następuje. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...
Pasjonująca opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się - i o tych, którym nie dane jest doświadczyć ani jednego, ani drugiego, bo śmierć zabiera ich przedwcześnie.
Joyland to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak Zielona Mila czy Skazani na Shawshank. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka opowieść o dojrzewaniu, która poruszy serce nawet najbardziej cynicznego czytelnika.

Moja recenzja

Nazwisko Kinga nieodwołalnie kojarzy się nam z horrorami, choć są pewne wyjątki. I od razu na wstępie napiszę, że według mnie "Joyland" jest właśnie jednym z tych wyjątków. Scen grozy mamy tu jak na lekarstwo, a wręcz nie mamy ich praktycznie wcale. Jest kilka momentów związanych w pewien sposób ze zjawiskami nadprzyrodzonymi, jednak nie stanowią one elementów grozy (przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie).
Pokuszę się o stwierdzenie, że książka ta jest w dużym stopniu analizą charakteru głównego bohatera i jego zmiany do podejścia do życia. Mamy tu bowiem nieszczęśliwie zakochanego studenta i możemy obserwować jego zmieniające się uczucie, które skazane jest w końcu na zapomnienie. Widzimy także jego zapał przy pracy z dziećmi, którego się nie spodziewał. Obserwujemy jego ból wywołany niesprawiedliwością, jaka może dosięgnąć nawet niewinnego chłopca. Jest to swego rodzaju historia o dojrzewaniu, Devin ze zwykłego studenta przeistacza się w dorosłego, odpowiedzialnego mężczyznę, który poznał wartość nawet pozornie nieważnych momentów.
Cieniem na całej opowieści kładzie się historia pewnego morderstwa sprzed lat, które do tej chwili nie zostało wyjaśnione. Młoda dziewczyna ginie zamordowana w brutalny sposób, a jej morderca, mimo zdjęć, nie zostaje złapany. wydaje się, że zbrodnia ta jest nierozerwalnie związana z lunaparkiem, co wzbudza ciekawość głównego bohatera, od początku zafascynowanego tym miejscem.
Wątek kryminalny jest tak naprawdę jedynym mocniejszym elementem powieści. Poszukiwania nieznanego mordercy dodają dreszczyku emocji książce, która w dużej mierze może uchodzić za obyczajową. Jest on ważny, jednak zostaje trochę pominięty w całości, stanowi motyw poboczny, ciekawostkę związaną z lunaparkiem.
Ciekawym elementem jest postać Mike'a, małego chłopca przedwcześnie skazanego na cierpienie. Wprowadza on do całości element nadprzyrodzony, dzięki któremu Devin ma szansę wyjść cało z opresji.

Podsumowanie

"Joyland" jest książką interesującą, przyjemnie się ją czytało i nie żałuję czasu jej poświęconego. Niestety nie trafi ona na listę moich ulubionych, nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, mimo to mogę ją polecić jako niezobowiązującą lekturę.
Gdybym nie wiedziała, kto jest autorem tej powieści, nigdy nie przypisałabym jej Kingowi. Nie czytałam "Zielonej Mili" ani "Skazani na Shawshank", o których mowa na okładce, jednak porównując do pozycji przeze mnie przeczytanych, ciężko mi utożsamić autora z tą książką. Całkowicie inne podejście do zjawisk paranormalnych i o wiele mniejsza dawka grozy zmyliły mnie totalnie. Jak już wcześniej pisałam bardziej mi tu pasuje kategoria powieść obyczajowa, chociaż postanowiłam zaklasyfikować książkę całkiem inaczej, zgodnie z wskazówką z okładki.

Czytaliście "Joyland"? Jakie macie wrażenia?




października 13, 2017

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak
Ostatnio dostałam propozycję zapoznania się z najnowszym e-bookiem Pauliny Matysiak, która publikacjami swoich prac zajmuje się od 2011. Przyznam, ze sam fakt, że jest to powieść wydana tylko w postaci e-booka troszkę mnie zniechęcił. Jestem raczej miłośniczką wersji papierowych, chociaż wiem, że miłośników elektronicznej literatury przybywa z każdym rokiem. Mimo tego postanowiłam dać książce szansę, a wszystko z powodu interesującego opisu.

"Wyznania agentki czyli obsesja polsko -rosyjska" Paulina Matysiak

Opis z okładki

Erotyczny dramat psychologiczny wpisany w narrację niełatwych relacji polsko-rosyjskich.
Pozycja idealna dla osób interesujących się zagadnieniami identytaryzmu, syndromu sztokholmskiego, biocentryzmu, psychotroniki czy teorii spiskowych. Świat przedstawiony to pełna sexu i przemocy arena gier politycznych, walki z wrogą propagandą i działań służb specjalnych.
Anastazja zostaje złapana na terytorium obcego państwa. Zarówno strona polska jak i rosyjska podejrzewa ją o szpiegostwo. Problemem w tym, że dziewczyna sama nie wie kim jest. Amnezja jest wynikiem traumatycznych przeżyć czy przeprogramowania umysłu? Skąd wspomnienia o romansie ze znanym rosyjskim politykiem i jaką cenę przyjdzie za nie zapłacić? Czy dziewczynie uda się odzyskać pamięć i dowiedzieć po czyjej stoi stronie?
Bohaterka obnaży przed Tobą brutalny świat pełen przemocy, dzikich żądz i emocji niszczących psychikę. Akcja jest jak sinusoida - dynamika i szybka narracja mieszają się z analityczną nostalgią, która daje wgląd nie tylko w brutalne wydarzenia, ale też w ukryte warstwy rzeczywistości i wewnętrzny świat bohaterki stąpającej po krawędzi szaleństwa.
Pierwsza część zawiera sporą dawkę polityki. Druga uderzy Cię toksycznie krwawą akcją i zanurzy w technikach manipulacji umysłem oraz mechanizmach rozszczepu osobowości. Trzecia zszokuje makabryczną dozą erotyki. Każdą z nich można czytać oddzielnie i w dowolnej kolejności.
Wszystkie postacie występujące w prozie są fikcyjne, a wizerunek polityka nie był inspirowany życiem żadnego rzeczywistego gracza na arenie geopolitycznej. Ta historia nigdy się nie wydarzyła!

Moja recenzja


To może zacznijmy od początku. Książka, jak sam tytuł wskazuje, jest pewnego rodzaju dialogiem między tytułową bohaterką a psychiatrą, próbującym pomóc jej odzyskać pamięć. Znajdujemy się w gabinecie lekarskim, gdzie poznajemy nic niepamiętającą kobietę, odnalezioną w dziwnych okolicznościach. Podczas seansu hipnozy Anastazja powoli przypomina sobie niektóre momenty swojego życia. 
Początek jej historii ma miejsce w momencie, kiedy niczego nieświadoma zostaje zatrzymana przez rosyjskie służby. Od tego momentu zaczyna się dziwny, momentami fascynujący etap w jej życiu. Zanim jednak dojdziemy do części fabularnej, autorka zapoznaje nas z poglądami politycznymi bohaterki i jej niecodziennymi spostrzeżeniami co do ogólnej sytuacji światowej. Wszystkie wydarzenia opisane w książce są inspirowane rzeczywistymi sytuacjami, na przykład katastrofa smoleńska. Nie chcę tu pisać czy poglądy autorki są zgodne z moimi, nie o to tu chodzi. Na polityce się nie znam, nie analizowałam sytuacji tak dogłębnie więc nie mogę na ten temat nic powiedzieć. Pozostawiam to do oceny każdego czytelnika indywidualnie. Mogę tylko powiedzieć, że z początku książka jest bardzo polityczna, każde słowo jest analizowane właśnie pod tym względem. 
Potem możemy obserwować osobliwe stosunki między Anastazją a pewnym politykiem. Pełne bólu, strachu czy żądzy, ale też w pewien sposób pełne miłości (choć jest to miłość niezdrowa i według mnie destrukcyjna). Głównym elementem tych stosunków były sprawy łóżkowe, które, wydaje mi się, były tym, co najmocniej ich łączyło. I nie chodzi tu o zwyczajny seks, mamy tu bowiem mężczyznę dominującego, uwielbiającego stawianie na swoim i uległą kobietę, podporządkowującą się jego woli. Jeśli Wam przychodzi na myśl "50 twarzy Grey'a" to muszę ostrzec co wrażliwszych. W Grey'u bardziej chodziło o uczucie, a sprawy łóżkowe były tylko uzupełnieniem. Tutaj mamy niezdrową relacje pełną bólu, która jednak daje też w pewien sposób satysfakcję. Kary są przemyślane i mają sprawić jak najwięcej cierpienia, chociaż niekoniecznie fizycznego. Bardziej by tu pasowało słowo manipulacja, która jest jednym z głównych tematów książki.
Tak naprawdę do końca nie wiadomo kim jest Anastazja. Czasem wydaje się, że jest przypadkową ofiarą, czasem byłam zupełnie pewna, ze jest tajną agentką. Potem uwierzyłam, że jest zwykłą dziewczyną trawioną przez straszną chorobę. Zakończenie z jednej strony wyjaśnia pewne kwestie, z drugiej jednak pozostawia lekką niepewność, czy rzeczywiście wszystko jest takie oczywiste.

Podsumowanie

"Wyznania agentki" to powieść idealna dla miłośników literatury przesiąkniętej polityką, a co za tym idzie dla miłośników teorii spiskowych, których tutaj nie zabraknie. Czasem wydaje się, że Anastazja dopatruje się intrygi w najprostszych działaniach, co w pewien sposób potwierdza jej niepoczytalność.
Z początku miałam problem z tą książką. Jak już pisałam wcześniej, polityka nie jest moim ulubionym tematem, a wstęp jest praktycznie poświęcony tylko jej. Jednak z biegiem czasu, kiedy akcja zaczęła się zagęszczać a wydarzenia przyspieszać, odczuwałam autentyczna przyjemność przy czytaniu. Nie znajdziemy tu łatwych tematów, wszystko wydaje się bardzo skomplikowane, nie ma tu dobra ani zła, ponieważ wszystko zależy od miejsca, z jakiego obserwujemy sytuację. Każdy ma swoje racje i niestety nie da się ich pogodzić z sobą.

Dla chcących zapoznać się z książką odsyłam do strony internetowej, gdzie jest ona dostępna.


października 05, 2017

"Zauroczenie" Margit Sandemo

"Zauroczenie" Margit Sandemo

Kiedyś, bardzo dawno temu, nastąpił u mnie pewien przełom, kiedy to porzuciłam literaturę dziecięcą zaznajomiłam się z bardziej "dorosłymi" utworami. Motorem do takiego podejścia u mnie okazała się książka wygrzebana z biblioteczki mojej mamy, o której chcę Wam dziś opowiedzieć.


"Zauroczenie" Margit Sandemo

Opis z okładki

Siljie, córka Arngrima, miała zaledwie 17 lat, gdy zaraza w 1581 roku zabrała wszystkich jej bliskich. Wygłodniała, zziębnięta, z dwójką osieroconych, przygarniętych dzieci, podążała ku miejscu za miastem, gdzie palono zwłoki zmarłych; tak bardzo pragnęła rozgrzać się przy ognisku. W tej dramatycznej chwili zaopiekował się nią tajemniczy mężczyzna - człowiek z rodu Ludzi Lodu, którego wygląd wzbudzał w dziewczynie strach,a jednocześnie dziwnie przyciągał...


Moja recenzja

Od razu muszę zaznaczyć - jestem w książce zakochana, ślepo jej oddana. Podejrzewam, że jest to sprawa mojego sentymentalizmu, w końcu to była tak naprawdę moja pierwsza książka. Mało powiedzieć książka, jest to saga, która liczy aż 47 tomów. Troszkę przerażające? Nic bardziej mylnego. Jeśli Was wciągnie tak jak mnie, to bez problemu przeczytacie jeden tom dziennie, zwłaszcza, że nie są zbyt długie.
Ale zacznijmy może od początku. Jest rok 1581, czyli dla niektórych zamierzchła przeszłość. Poznajemy młodziutką Siljie, która w środku zimy, wśród ogólnie panującej śmierci, zostaje całkowicie sama bez dachu nad głową. Wszędzie, gdzie nie spojrzy widzi trupy, ofiary zarazy. W swojej wędrówce napotyka dwójkę malutkich sierot, jedno przy zmarłej matce, a drugie porzucone w lesie. W tak trudnej sytuacji, w jakiej się znalazła, wykazuje się zaskakującą siłą i przygarnia sieroty, choć wie, że przyjdzie jej umrzeć razem z nimi, z głodu bądź zimna. Jedynym ratunkiem wydaje się ognisko, które może ich choć trochę ogrzać. Tyle że ognisko to służy do palenia zwłok.
W tym momencie praktycznie wszystko się zaczyna. Siljie poznaje tajemniczego mężczyznę pochodzącego z budzących lęk Ludzi Lodu. Nie chcę Wam opowiedzieć nic więcej, boję się, że zdradzę za dużo. Wystarczy powiedzieć, że moment ten jest przełomowy, zarówno dla dziewczyny, jak i dla mężczyzny. Daje początek fantastycznej sagi, która niesamowicie mnie wciągnęła.
W tym momencie chcę Wam zrecenzować tylko i wyłącznie ten pierwszy tom, chcę Was nim zainteresować, uświadomić, że warto sięgnąć po całość.
Jest to historia budzącego się uczucia, które w tak niebezpiecznych czasach nie miało prawa zaistnieć. Losy bohaterów są nierozerwalnie związane z magią, jednak nie taką nachalną, typowo fantastyczną. Mamy tu subtelne wprowadzenie do świata czarownic, co w tamtych czasach uważano za oczywistość.
Lubię romanse, jestem miłośniczką fantastyki, więc ta książka była jakby stworzona dla mnie. Jest napisana językiem bardzo przystępnym, wręcz prostym, bez niepotrzebnych udziwnień, dzięki czemu czyta się ją naprawdę szybko i lekko.
Oczywiście ma swoje wady, choć chyba więcej ich mogę znaleźć w dalszych tomach. Można powiedzieć, że treść jest trochę naiwna, pełno w niej dobroci głównych bohaterów (mim, że chcą, żebyśmy myśleli inaczej). Nie jest ona w najmniejszym stopniu realistyczna, choć jest dobrym odzwierciedleniem ówczesnych wydarzeń historycznych i panującej atmosfery (rzecz się dzieje w Norwegii).

Podsumowanie

Polecam, polecam, polecam.
Nie jestem bezstronna w tej recenzji, jak pisałam, jestem w tej sadze zakochana. Mimo to mam nadzieję, że swoją miłością uda mi się kogoś zarazić. Na zdjęciach widać, z jaką częstotliwością były książki czytane, w jakim są  stanie. Nie ma co się dziwić, moje wydanie jest z 1992 roku, od tego czasu wiele przeszło. Jeśli lubicie takie klimaty, spróbujcie przeczytać "Zauroczenie", to tylko dzień, dwa, a może dzięki temu zapragniecie poznać wszystkie historie o Ludziach Lodu.



Copyright © 2016 Z mojej biblioteki , Blogger