stycznia 10, 2018

"Lekcja jej śmierci" Jeffery Deaver

"Lekcja jej śmierci" Jeffery Deaver
Ostatnio zapisałam się do biblioteki nieopodal, w której jeszcze nie miałam okazji buszować. Nowe miejsce, nowe możliwości, a w literaturze wydają się absolutnie nieograniczone. Poszłam za radą bibliotekarki i wypożyczyłam kilka thrillerów, które mi poleciła. Czas pokarze czy warto.
Na pierwszy ogień poszła powieść autora "Kolekcjonera kości". Chyba każdy miłośnik gatunku wie, o czym mowa. Ja osobiście tytuł ten znam tylko i wyłącznie z dużego ekranu, chociaż muszę od razu zaznaczyć, że nie był to mój ulubiony film z tego gatunku. Ale książce postanowiłam dać szansę.


"Lekcja jej śmierci" Jeffery Deaver


Opis z okładki

New Lebanon to miasto uniwersyteckie. Tylko jak długo jeszcze? Skoro już druga studentka została bestialsko zamordowana.
Jamie... Chciałaś poznać kogoś, kto cię nauczy miłości, a znalazłaś tylko tego, który nauczył cię umierać...
Miejscowi żyją w strachu, bo podobno chodzi o zbrodnie rytualne, a Księżycowy Zabójca jest ciągle na wolności. By go osaczyć, Bill Corde musi mieć czas, fundusze i ludzi. Tyle że szeryfowi Ribbonowi potrzebny jest teraz szybki sukces, a nie drobiazgowe, długotrwałe śledztwo, bo nowe wybory wkrótce.
A przy takim postępowaniu kolejne tragedie są nieuchronne. I ofiary. Bo morderca lubi dawać lekcje - policjantom nawet bardzo. Zwłaszcza gdy mają córki sprawiające problemy...

Moja recenzja

Tak jak napisałam wcześniej "Kolekcjoner kości" nie jest moim ulubionym filmem o tematyce kryminalnej. Mogę wymienić dosłownie trzydzieści lepszych produkcji, do których chętnie wracam. Jednak z czystej ciekawości postanowiłam przeczytać tą powieść, zwłaszcza, że opis mnie zainteresował.
Zacznijmy od głównego bohatera. Jest to policjant z przeszłością, którą stara się nie afiszować. Nie jest kryształowo czysty, ma swoje problemy i rozterki. W tym momencie jego głównym zmartwieniem jest córka, dziewięcioletnia Sarah, która boryka się z kłopotami w szkole. Nie są to jednak takie zwyczajne problemy, mamy tu do czynienia dosłownie z paniką i strachem przed lekcjami, czego nikt nie potrafi zrozumieć, pogarszając tylko stan dziewczynki.
Rodzina Billa, mimo że na pierwszy rzut oka idealna, ma swoje tajemnice i zmartwienia. Dodatkowym problemem staje się ciągła nieobecność głowy rodziny zajętego prowadzeniem śledztwa. Jego obojętność na sprawy domowe może stać się przyczyną prawdziwej tragedii.
Głównym tematem powieści jest oczywiście zbrodnia, którą Bill stara się wyjaśnić. New Lebanon to małe miasteczko, którego mieszkańcy nie mieli nigdy do czynienia z morderstwem, a stróże prawa na co dzień zajmują się jedynie wypisywaniem mandatów. Dlatego morderstwo popełnione na studentce wywołuje panikę. Dodatkowo rozchodzi się pogłoska, że sprawca morduje ze względu na jakieś praktyki rytualne, co wzbudza jeszcze większy strach. Nie ułatwia to w najmniejszym stopniu rozwiązania zagadki.
Sama zagadka kryminalna jest stworzona praktycznie perfekcyjnie. Do końca nie zdawałam sobie sprawy, o co tak naprawdę chodzi. No dobrze, pod koniec miałam już jakiś pomysł co do sprawcy, choć autorowi udało się mnie w pewnym momencie zwieść. Chociaż muszę przyznać, że z powodu sprytu mordercy liczyłam na trochę bardziej wyrafinowany motyw, który wydał mi się dość płytki i banalny, całkiem zwyczajny, jeśli wziąć pod uwagę sposób działania i wysiłek włożony w próbę zatarcia śladów.
Dość zagadkową postacią był syn Billa, Jamie. Nie do końca rozumiałam jego postępowanie, choć temat buntu nastolatka wydawał się dość oczywisty. W trakcie lektury wyszły jednak sprawy, o których nie mogę napisać aby za dużo nie zdradzić, a które naprawdę mną wstrząsnęły. Nie wyobrażałam sobie aby normalny, choć zbuntowany dzieciak umiał sobie poradzić z sytuacją, jaka stała się udziałem Jamiego.
Muszę dodać, że wydanie które ja miałam przyjemność czytać, było usiane literówkami. Każdy miłośnik literatury wie, jak bardzo takie drobne niuanse mogą zepsuć przyjemność czytania. Nie jestem specjalistką od języka ojczystego, wiadomo, że każdy może się pomylić lub zrobić błąd ortograficzny. Niestety tutaj miałam wrażenie, że niektóre zdania zostały wrzucone do tłumacza i spisane bez korekty. Nie było tego dużo, może w kilku miejscach, jednak był to fakt na tyle irytujący, że postanowiłam o tym wspomnieć.

Podsumowanie

Książka "Lekcja jej śmierci" okazała się interesującą lekturą. Wciągnęła mnie zagadka kryminalna, mimo że fabuła była zbudowana w sposób, który nie do końca przypadł mi do gustu. Jak pisałam wyżej, motyw nie był na tyle złożony, żeby tłumaczyć z każdą chwilą bardziej zagmatwaną akcję. Oczywiście rozbudowana fabuła była absolutnym plusem, bardziej tu się czepiam prostego, dość oczywistego rozwiązania.
Lubię czytać thrillery z romansem w tle, taka ze mnie romantyczka. Tutaj, jeśli już mamy wątek uczuciowy, to nie jest on absolutnie przedstawiony w dobrym świetle, bardziej jako toksyczna relacja. Troszkę mi tutaj brakowało takiego happy endu typowego dla historii miłosnych, jednak bardziej to wynika z moich przyzwyczajeń czytelniczych, nie jest to wadą samą w sobie.




stycznia 04, 2018

"Czarny opal" Victoria Holt

"Czarny opal" Victoria Holt
Obiecuję, że to już ostatni raz. Przynajmniej na jakiś czas będzie to ostatnia powieść Victorii Holt (chyba że wpadnie mi w ręce jakiś tytuł, którego jeszcze nie czytałam). Po prostu nie mogłam się oprzeć i sięgnęłam po "Czarny opal", który stał na mojej półce już jakiś czas i cierpliwie czekał na swoja kolej. 

"Czarny opal" Victoria Holt


Opis z okładki

Małą Carmel znaleziono w ogrodzie zamożnego domu pod krzakiem azalii. "Cygańskiego podrzutka" przygarnęli państwo Marline'owie, budząc powszechne zdumienie - przecież można ją było umieścić w sierocińcu.
Gdy Carmel ma jedenaście lat, na dom spada nieoczekiwana tragedia - pani Marline zostaje zamordowana. Losy rzucają Carmel do dalekiej Australii, gdzie czeka ją nowe, wspaniałe życie. Ale nie potrafi zapomnieć o ponurych wydarzeniach w Commonwood House. Po latach wraca do Anglii i tu znów ożywają wspomnienia.


Moja recenzja

Główną bohaterkę, Carmel, poznajemy praktycznie od kołyski. Jej losy zaczynają się dość nietypowo, bo pod krzewem azalii, gdzie znajduje ją ogrodnik. Już jako niemowlę wzbudza we wszystkich ogromne emocje, najczęściej negatywne, ze względu na swoje niepewne pochodzenie. Mimo że zostaje wychowana na damę, jej tajemnicze przybycie do domu Marline'ów kładzie się cieniem na całej jej przyszłości. Z historii Australii można wnioskować, że akcja miała miejsce w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to w Anglii nadal panował kult arystokracji i odpowiednich koneksji. Dlatego też mała Carmel była traktowana jak dziecko gorszej kategorii i nawet służba nie traktowała jej jak członka rodziny.
Wszystko zmienia się, kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie pani Marline. Odnajduje się prawdziwa rodzina porzuconej dziewczyny, dzięki czemu Carmel ma okazję ruszyć w podróż na całkiem nieznany kontynent.
Losy bohaterki są pełne tajemnic i niejasności, których chęć poznania wciąga czytelnika bez reszty. Nie jest to raczej klasyczny romans, bardziej od wątku miłosnego rozbudowany jest temat powolnego odkrywania tajemnic przeszłości, które nie są tak oczywiste, jakby się mogło wydawać. Nie jest to thriller w pełnym tego słowa znaczeniu, akcja rozciągnięta jest na lata, i tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy znajdziemy tutaj podłoże kryminalne. Jest to bardzo typowe dla twórczości Victorii Holt, więc jako jej zagorzała fanka, spodziewałam się mocnego zakończenia.
Romans, który rozgrywa się na stronach powieści, także nie jest tak oczywisty, jak w większości klasyków gatunku. Długo nie wiadomo, kto jest wybrankiem Carmel i czy uczucie zostanie odwzajemnione. Nie ma tu bohaterów bez skazy, każdy ma jakieś wady, które w codziennym życiu mogą przysporzyć zmartwień, stąd właśnie wybór nie jest jednoznaczny. Lubię proste, czytelne romanse, z których wiadomo już na pierwszej stronie, jakie będzie zakończenie. Są to dla mnie takie odskocznie, chwile relaksu niewymagające silnego zastanawiania się nad fabułą. Tutaj mamy całkowite przeciwieństwo prostoty, co według mnie jest o wiele lepsze i przyjemniejsze w odbiorze.


Podsumowanie

Jak każda książka Victorii Holt, także i ta przypadła mi do gustu. Nie jest może na pierwszym miejscu (w końcu nic nie przebije "Pani na Mellyn"), jednak śmiało mogę powiedzieć, że znajdzie się w pierwszej dziesiątce jej powieści. A konkurencja naprawdę jest zawzięta.
Bardzo mi się spodobały losy głównej bohaterki, która nie jest typową damą z wyższych sfer, mimo że jej wychowanie jest bez zarzutu. Jej późniejsze perypetie pełne przygód wciągają czytelnika od pierwszych stron. Dodatkowym atutem są inne postacie, którym daleko do ideałów, dzięki czemu (przynajmniej ja) bardziej ich polubiłam. Można tu chociażby wymienić załamanego Luciana, niezdecydowanego Lawrenca czy trochę samolubną Gertie.
To już ostatnia powieść Victorii Holt, którą wam przedstawiam w najbliższym czasie. Na pewno wrócę do jej twórczości, pewnie nie jeden raz, jednak dam troszkę odpocząć i sobie i wam. W końcu jest tyle innych książek wartych przeczytania.

Jakich macie ulubionych autorów? Może jest ktoś, czyje książki pochłanianie w każdej ilości?





grudnia 28, 2017

"Czarna woda" Atticia Locke

"Czarna woda" Atticia Locke
Ostatnio natrafiłam na książkę, która wzbudziła moje zainteresowanie. Nie kojarzyłam autorki więc nie wiedziałam tak naprawdę czego się spodziewać. Moją uwagę wzbudził ciekawy opis z okładki, który zachęcił mnie obietnicą akcji i intrygującej zagadki.

"Czarna woda" Atticia Locke


Opis z okładki

Houston, Texas, rok 1981. Jay Porter nie jest prawnikiem, jakim zawsze pragnął być.  Jego najbardziej obiecująca klientka to tania call-girl, a kancelaria, którą prowadzi, mieści się w podupadłym pasażu handlowym Dawno zrozumiał, że jego amerykański sen się nie spełni. Chce tylko spokojnie i godnie żyć. Niestety, gdy wiedziony impulsem ratuje tonącą kobietę - otwiera puszkę Pandory. Tajemnice nieznajomej narażają Jaya na niebezpieczeństwo, wplątują w dochodzenie w sprawie zabójstwa, co może przypłacić utratą pracy, rodziny, nawet życia...
"Czarna woda" trzyma w napięciu od pierwszej strony! Akcja toczy się w szalonym tempie, a zakończenie jest nie do przewidzenia...

Moja recenzja

Może zacznę od początku. Nie wiem czemu, ale czytając opis książki wyobraziłam sobie Jaya jako czterdziestoletniego, łysiejącego mężczyznę z wielkim brzuchem. Nie wiem co mną kierowało, taki obraz od razu powstał w mojej głowie. Już na początku okazuje się, jak nietrafiony był mój opis. Jay okazuje się czarnoskórym mężczyzną koło trzydziestki, którego życie nie ogranicza się tylko do przesiadywania przed telewizorem z piwem w ręku. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Nasz prawnik ma, a przynajmniej miał pasje, które były dla niego czymś więcej niż zwykłym hobby. W czasach studenckich brał czynny udział w walce o prawa dla mniejszości etnicznych, co nadawało jego życiu sens.
Niestety nie skończyło się to dla niego dobrze. Niesłusznie oskarżony, prześladowany, postanowił zapomnieć o swoich ideałach i wycofać się z życia publicznego. Poznajemy go w momencie, w którym z jego ideałów pozostaje jedynie strach i żal.
Nie przepadam za bohaterami idealnymi i tutaj z pewnością takiego nie spotkamy. Jay nie chce brać na siebie żadnej odpowiedzialności, unika zdarzeń, które mogą go postawić w centrum uwagi. Będąc świadkiem przestępstwa chce odejść nie udzieliwszy pomocy. I mimo że nie lubię chodzących doskonałości, ten konkretny bohater, ze swoimi wadami i obawami, także nie przypadł mi do gustu.Wydał mi się wycofany, wręcz aspołeczny, zamknięty w sobie. Na jego niekorzyść przemawiał stosunek do jego żony, która z dla mnie niezrozumiałych powodów godziła się na jego milczenie i obojętność. Nie zrozumcie mnie źle, Jay darzył ją uczuciem i starał się o nią dbać. Jednocześnie ją ignorował i traktował według mnie jak dodatek do swojej codzienności. Jako żona nie umiem tego zaakceptować i przejść nad tym do porządku dziennego. Czarę przepełnił jego ogólny stosunek do życia i innych ludzi. W trakcie lektury wychodzą na jaw fakty, które w pewnym sensie tłumaczą jego zachowanie, jednak według mnie jest to tylko wymówka słabego człowieka.

A teraz główny temat książki - walka o prawa dla czarnoskórych. Nie spodziewałam się tutaj takiego wątku, który, muszę przyznać, nie jest mi jakoś bliski. Nigdy się tym problemem nie interesowałam, po prostu nie miałam ku temu powodów. Tutaj temat ten został przedstawiony priorytetowo, wręcz obsesyjnie. I od razu powiem, ze sposób, w jaki opisuje go autorka absolutnie mi się nie podoba. Na każdej stronie praktycznie mamy do czynienia ze słowem czarny, czarnoskóry czy podobne. Wiem, że czasy dla afroamerykanów nie były najlepsze, jednak mania prześladowcza jest widoczna w każdym zdaniu, co niesamowicie przeszkadza.

Wątek walki o prawa człowieka i osobiste obawy Jaya praktycznie całkowicie przysłaniają element kryminalny książki, który staje się tematem pobocznym. Zbrodnia, która zapoczątkowała całą serię zdarzeń, pozostaje tak naprawdę w dziwnym zawieszeniu bez zwrotów akcji czy dodatkowych tropów. W finale znajduje swoje rozwiązanie, jednak nie ono jest tutaj najważniejsze. Ważny staje się  wybór, przed jakim stoi główny bohater, od którego zależą jego dalsze losy.

Podsumowanie

Biorąc do ręki "Czarną wodę" spodziewałam się wciągającego thrillera, przynajmniej kryminału. Opis z okładki obiecywał wartką akcję i dużo zwrotów. Niestety nie mogę się zgodzić z tym całkowicie. Jak pisałam, wątek zbrodni ginie pod ciężarem problemów obyczajowych czy politycznych, których tutaj absolutnie nie brakuje. Wydaje się, że morderstwo było raczej punktem, który zapoczątkował zmiany w życiu Jaya, nie do końca związanym z głównym tematem powieści.
Nie mogę powiedzieć, że książka absolutnie mi się nie spodobała. W końcu postanowiłam ją przeczytać do końca, a to o czymś świadczy. Jednak znając jej tematykę, nigdy bym się nie zdecydowała na ten właśnie tytuł. Nie lubię polityki, nie jestem zwolenniczką lektur o problemach społecznych. Dla mnie liczy się akcja, która wciągnie i nie puści aż do zakończenia, szczęśliwego bądź nie.

Czytaliście "Czarną wodę"? Jakie wrażenia? A może jest wśród was miłośnik tego typu literatury?

grudnia 17, 2017

"Tajemnicza Kobieta" Victoria Holt

"Tajemnicza Kobieta" Victoria Holt
W ostatnim czasie postanowiłam darować sobie mocną literaturę, krwawe sceny i nadprzyrodzone zjawiska. Mam raczej humor na odrobinę romansu, chociaż nie odmówię sobie też elementów kryminalnych. Po dużej dawce horrorów przyszedł czas na lekkie historie o miłości, które czyta się szybko i przyjemnie. Mimo pewnych tajemnic w tle, książki Victorii Holt idealnie spełniają te warunki.

"Tajemnicza kobieta" Victoria Holt

Opis z okładki

Stylowy wiktoriański romans w scenerii tropikalnej wyspy.
Anna Brett, zakochana w kapitanie Redverie Strettonie, wyrusza w rejs na jedną z wysp Pacyfiku. Stretton stracił swój poprzedni statek w tajemniczych okolicznościach, a wraz z nim przepadło kilka bezcennych diamentów. Na pierwotnej wyspie Coralle, gdzie władają czary i moce ciemności, prawda o kapitanie Strettonie wychodzi na jaw. A zagadka Tajemniczej Kobiety nareszcie zostaje rozwiązana...

Moja recenzja

Jak wiecie, bardzo lubię książki Victorii Holt. "Pani na Mellyn" była jedną z pierwszych tego typu powieści, jakie przeczytałam, a jednocześnie jedną z najlepszych. Może wynika to z mojego sentymentalizmu, lubię wspominać, zwłaszcza to, co mi się podobało i wywarło na mnie jakiś wpływ.
"Tajemnicza Kobieta" to historia opowiadająca losy Anny Brett, młodej kobiety, która po stracie ukochanych rodziców trafia pod opiekę surowej krewnej. Od tego momentu wydaje się, że jej życie będzie biegło utartym torem, bez uczuciowych uniesień i pasjonujących przygód. Sprawę dodatkowo komplikuje uczucie, jakie wzbudza w niej tajemniczy kapitan Stratton, który pojawia się znienacka, wydawałoby się całkiem przez przypadek i równie nagle znika.
Wydawałoby się, że już nic nie może się wydarzyć w życiu Anny, która skazana na opiekę nad ciotką, nie ma prawa zadbać o swoje szczęście. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy niespodziewana tragedia spada na dom.
Stając przed trudną decyzją dotyczącą swoich dalszych losów, Anna podejmuje wielkie ryzyko. Pomimo miłości, która nie ma prawa istnieć, wbrew zdrowemu rozsądkowi, postanawia poświęcić wszystko, co do tej pory znała i ruszyć w nieznane.
Z początku książka wydaje się prostą lekturą w stylu wiktoriańskich romansów. Na pierwszy rzut oka nie widać tu ani zagadki kryminalnej, ani przyciągających uwagę tajemnic. To jest dość typowe dla twórczości Victorii Holt, dość długie wprowadzenie do pasjonującego końca, które absolutnie mi nie przeszkadza cieszyć się lekturą. Zazwyczaj jej historie rozpoczynają się od lat dziecięcych głównej bohaterki, dzięki czemu mamy możliwość poznać ją dokładnie. Ma to o tyle duże znaczenie, że książki te pisane są w pierwszej osobie, można powiedzieć że w formie spisu wspomnień, swoistego pamiętnika. Jeśli bohaterka nie rozwikła tajemnicy, to czytelnik także nie poznaje rozwiązania.
Tutaj także przechodzimy przez być może dość nudne i monotonne z początku losy Anny. Jest to jednak konieczne, aby w pełni poznać i docenić późniejsze wydarzenia, które z początku chaotyczne, na końcu układają się w logiczną całość. Sytuacje, które wydawały się nam naturalne, okazują się z góry ukartowane dla konkretnego celu.
Victoria Holt dość często zaskakuje w swoich powieściach nietypowym zakończeniem, absolutnie nie pasującym do klasycznych romansów. I tutaj finał jest dość odmienny od oczekiwań miłośników opowieści o miłości. Okazuje się bowiem, że przeszkody, które stały na drodze do szczęścia nie zostały w magiczny sposób pokonane, a spełnienie wymagało od bohaterów sporej dawki cierpliwości i samozaparcia.
Wątek kryminalny, o którym z początku czytelnik nie zdaje sobie sprawy, przeplata się przez całą historię niezauważony przez nikogo, dopóki sprawy nie przybierają dramatycznego obrotu. Dopiero finał daje odpowiedzi na nurtujące pytania i pokazuje, jak blisko Anny miały miejsce dramatyczne wydarzenia, przez nikogo niezauważone.

Podsumowanie

Nie mogę dodać nic ponad to, że książki Victorii Holt niezmiennie towarzyszą mi od dawna. Jestem pod wrażeniem jej wyobraźni i umiejętności tworzenia zagadki idealnie wplecionej w, zdawałoby się, pospolite losy bohaterów. Wydarzenia z jej powieści wydają się takie codzienne, mało znaczące. Jednak po poznaniu całej historii dowiadujemy się, jak wiele z pozoru błahych spraw wiązało się z zagadką, o której istnieniu nikt nie zdawał sobie sprawy.
Podobnie było z powieścią "Tajemnicza Kobieta", w której wątek kryminalny nie dawał o sobie jednoznacznie znać przez długi czas. Także sprawa romansu, który nie miał prawa istnieć, była bardzo nietypowa i momentami mało satysfakcjonująca. Mimo to z czystym sumieniem polecam książkę miłośnikom gatunku. Historia naprawdę mnie wciągnęła i z niecierpliwością czekałam na ciąg dalszy.
Uwielbiam takie powieści, na pewno jeszcze nie raz u mnie przeczytacie recenzje podobnej historii. A jak wy podchodzicie do romansów historycznych?

listopada 30, 2017

"Dziecko" Torey L. Hayden

"Dziecko" Torey L. Hayden

Dawno mnie tu nie było. Przybyło mi trochę nowych obowiązków zawodowych i czas jakoś ucieka. Nie znaczy to wcale, że w międzyczasie nie czytam książek, czytam, i to sporo. Lektura jest dla mnie najlepszym odpoczynkiem po ciężkim dniu. Niestety na pisanie już zabrakło możliwości. Ale już jestem z powrotem i postaram się zapoznać was z lekturami, które ostatnio wpadły mi w ręce.


"Dziecko" Torey L. Hayden

"Dziecko" - Historie prawdziwe

 
Książka okazała się dla mnie nieco problematyczna, a to za sprawą braku opisu. Nie lubię takich niespodzianek, w końcu jest tak mało czasu na czytanie rzeczy, które nas interesują, więc lepiej unikać tekstów mało interesujących. Mam jednak słabość do historii prawdziwych, postanowiłam więc spróbować. Zwłaszcza opowieść o dziecku (miałam nadzieję, że to nie jakiś typ metafory i dziecko rzeczywiście tam będzie) przyciągała mnie i kusiła. Nie pozostało mi nic innego, jak się o tym przekonać na własnej skórze.

Recenzja i moje spostrzeżenia

Już z pierwszej strony dowiadujemy się, że narratorką i jednocześnie autorką powieści jest nauczycielka. Nie jest to jakaś pierwsza lepsza nauczycielka, a osoba zajmująca się dziećmi z zaburzeniami emocjonalnymi. Trochę tak podręcznikowo zabrzmiało, chodzi głównie o dzieci, z którymi normalny pedagog niekoniecznie da sobie radę.
Poznajemy specyfikę tego zawodu, uczestniczymy w zajęciach dość niecodziennej klasy. A w końcu spotykamy tytułowe dziecko. Jest to mała dziewczynka, około sześcioletnia, która pakuje się w poważne tarapaty. Zadziwiające, ale tak mała istota ma na swoim koncie znęcanie się i okaleczenie swojego młodszego kolegi. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić takiej sytuacji, jednak ze względu na to, że książka oparta jest na faktach, musiałam się z tym pogodzić.
Sheilę poznajemy w momencie, kiedy oczekując na umieszczenie w szpitalu psychiatrycznym trafia do klasy autorki. Widzimy dzikie dziecko, nienawykłe do kontaktów międzyludzkich, agresywne. Z opisu mamy wrażenie, ze dziewczynka nie miała kontaktu z cywilizacją, a jej jedynym zadaniem jest obrona przed nieznanym zagrożeniem. Brudna, wychudzona, bita, wszystko to składa się na obraz dziecka niesamowicie nieszczęśliwego, które zostało już spisane na straty.
Książka została napisana w 1980 roku więc wydarzenia te miały miejsce jeszcze wcześniej. Nie sprawdziłam tego przed lekturą i przeżyłam lekki szok. Zdziwiła mnie postawa opieki społecznej, sądu oraz innych odpowiedzialnych za to osób. Data uświadomiła mi jednak, że nie tak dawno temu pomoc dzieciom krzywdzonym wcale nie miała miejsca. Dziecko głodzone nie znajdowało nigdzie ratunku, chyba że doszło do tragedii. W tamtych czasach raczej nie zapobiegano takim sytuacjom a dopiero karano winnych. Decyzje pozostawiano rodzicom i nie ingerowano w metody wychowawcze, co niestety w przypadku Sheili mogło się skończyć tragicznie.
Wychowywana przez ojca alkoholika, porzucona w brutalny sposób przez matkę, stała się niezwykle agresywną i dziką dziewczynką. W dodatku zamiast pomocy sąd zsyła ją do szpitala psychiatrycznego, ponieważ nie ma innego pomysłu, co z nią zrobić. Nie ma psychologów, instytucji opiekuńczych, a opieka społeczna zajmująca się jej przypadkiem nie może albo nie chce zmusić ojca do dbania o córkę. Wszystko to w dzisiejszych czasach wydaje się niedorzeczne. Oczywiście nie mówię o biedzie i przemocy, tej niestety jest w nadmiarze. Bardziej tu myślę o postawie społeczeństwa i władz.
Dodatkowym szokiem były kary cielesne, które wymierzał nie kto inny, a dyrektor szkoły. Torey, która chciała się im przeciwstawić, została postraszona zwolnieniem z pracy. Dla mnie to totalny matrix, chociaż wiem, że nie tak dawno temu była to norma.

Czy warto przeczytać?

Mogę tylko powiedzieć, że warto. Historia jest niezwykle poruszająca i wzruszająca. Daje nadzieję na lepsze jutro nawet w sytuacjach zdawałoby się beznadziejnych. Nie liczcie na szybką akcję, zawrotne tempo i fabułę pełną przygód. W tej powieści liczy się coś zupełnie innego. Liczy się drugi człowiek, jego spojrzenie na świat, potrzeby i marzenia.
Jest to opowieść o dziecku, które z przestraszonego małego potworka staje się śliczną dziewczynką. A to za sprawą odrobiny miłości i zainteresowania. Tylko tyle wystarczy, aby zapewnić maluchowi szczęście i dobry start w przyszłość.

Czytacie historie oparte na faktach? a może wolicie raczej fikcję literacką?


listopada 10, 2017

"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński

"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński

Niedawno zostałam poproszona przez pana Piotra Tymińskiego o zrecenzowanie jego książki "Wołyń bez litości". Mimo, że dość sceptycznie podchodziłam do historii wojennych, postanowiłam spróbować. Nie jestem miłośniczką historycznych powieści, chyba że to romans. Byłam raczej nastawiona na zbiór pewnych faktów z przeszłości, coś na kształt lekcji historii, które nie należały do moich ulubionych. Moje wrażenia po lekturze przeczytasz poniżej.


"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński


"Wołyń bez litości" Piotr Tymiński - opis z okładki


Rok 1943. Kiedy sprzymierzeni na frontach II Wojny Światowej przełamują potęgę III Rzeszy, na Wołyniu dochodzi do eksterminacji Polaków. Stanisława Morowskiego spotyka osobista tragedia, a kolejne miesiące jego życia wypełnia nieustanna walka o przetrwanie. Dynamicznie rozwijająca się akcja książki ukazuje politykę niemieckich okupantów, bezwzględność ukraińskich nacjonalistów i dwulicowość sowieckich partyzantów. Tłem dla opisanych wydarzeń są urokliwe plenery, gdzie żyją ludzie przywiązani do tradycji i ziemi.

Powieść oparta na autentycznych wydarzeniach.

Moje wrażenia

Jak pisałam wyżej, do książki podchodziłam raczej ostrożnie. Trochę bałam się, w jakiej formie będą przedstawione fakty. Zaczęłam więc czytać z pewną obawą. Nie przeczytałam jednej strony, a już akcja mnie porwała. Od początku powieści autor w sposób dosadny pokazuje nam, o jakim okresie historycznym pisze, nie ma tu miejsca na litość czy współczucie. Czas II Wojny Światowej był momentem, który ludzie pamiętają jako krwawy, brutalny i pełen niepotrzebnej przemocy. I tak właśnie opisuje to pan Tymiński.
Powieść zaczyna się od tragicznego momentu, który popchnął głównego bohatera do dalszych zdecydowanych działań. Koszmar, jaki stał się udziałem Stanisława, przechodzi nasze najśmielsze wyobrażenia. Niby zna się fakty historyczne, wiadomo jak wyglądała wojna. Ale jeśli nie poznasz tematu z pierwszej ręki, to nie zdajesz sobie sprawy, jaki to był strach.
Staszkowi towarzyszymy w trudnym czasie po tragedii, kiedy atakowana ludność cywilna staje się bezbronna, mordowani są wszyscy Polacy, łącznie z kobietami, starcami i dziećmi. Opisy tych zbrodni są przejmujące, rodem z horroru. Czytałam wiele horrorów a nigdy nie byłam tak przerażona. Wynika to z faktu, że fikcja ma ten atut, że wiadomo, że jest zmyślona. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwą historią prawdziwych ludzi. Ich ból był odczuwalny na każdej stronie powieści.
Najbardziej bolały mnie opisy torturowanych i zabijanych dzieci. Według mnie w ludziach tak postępujących nie mogło być nawet odrobiny człowieczeństwa. I nie ma tu wytłumaczenia, że to czas walki, bo dzieci nie walczyły. Przerażający jest fakt, że takich morderców były całe setki. Bez skrupułów zabijali, kaleczyli i palili, tak naprawdę tylko dla zabawy. Nie było tu ani większego sensu, ani konkretnego celu.
Ojcowie mordowali swoich bliskich uznając ich za wrogów, brat zabijał brata. Pamiętam scenę, w której ojciec nie chciał zabić swojej rodziny. Został za to zatłuczony siekierą, a jego najbliżsi i tak zginęli. Był też moment, kiedy cała rodzina spłonęła w domu podpalonym przez najeźdźców, ponieważ ojciec nie dał zgwałcić swoich córek, woleli wszyscy umierać w męczarniach. Takich scen w tej książce jest mnóstwo, każda opowiada dzieje konkretnej rodziny czy osoby.
Zakończenie książki, choć na pozór szczęśliwe, pozostawia sporą niepewność, co przyniesie jutro. Brakowało mi tutaj jakiegoś podsumowania, chociaż zdaję sobie sprawę, że w tamtych czasach nie było czasu na świętowanie happy endów. Obowiązek wobec ojczyzny i bezbronnych ludzi nękanych przez wroga był ważniejszy niż osobiste sprawy.

Podsumowanie

Jestem książką szczerze zachwycona. Z początku obawiałam się jej, może wynikało to z mojej niechęci do historii wojennych, jak i historii ogólnie. Jednak szybko zmieniłam zdanie. Powieść ta nauczyła mnie o wiele więcej o naszej przeszłości niż lekcje historii przez całą moją karierę edukacyjną. Do tej pory byłam raczej ignorantką w tej dziedzinie (aż wstyd się przyznać).
Jest to poruszająca historia bezbronnych, atakowanych Polaków pokazana oczami świadka i zarazem ich obrońcy. Od decyzji, jakie podejmował Staszek, zależało niejednokrotnie życie wielu ludzi. Chęć niesienia pomocy była silniejsza od strachu o swoje życie, co napawa optymizmem i nadzieją, że jednak te tragiczne okoliczności nie złamały ducha we wszystkich.
Pozostaje mi tylko polecić z czystym sumieniem. Naprawdę warto, jeśli nie ze względu na wartości historyczne, to dla głównego bohatera i jego przyjaciół, którzy wykazali się bohaterstwem i odwagą.

Lubicie książki oparte na faktach? Czy może wolicie raczej fikcję literacką?




października 30, 2017

"Zielony Blask" Victoria Holt

"Zielony Blask" Victoria Holt

Tych, którzy czytali mój ostatni post, na pewno nie zaskoczy, że dziś powracam znowu do twórczości Victorii Holt. Jestem zachwycona jej powieściami i wcale nie będę płakać, jeśli uda mi się moją fascynacją kogoś zarazić. A uwierzcie mi, że warto.

"Zielony Blask" Victoria Holt

Opis z okładki

Jessica pragnie życia romantycznego i pełnego przygód. Kiedy więc bogaty poszukiwacz opali kupuje rodzinną rezydencję Claweringów, nie bacząc na zakazy zawiera z nim przyjaźń. Dzięki niemu poznaje historię najwartościowszego z opali, legendarnego Zielonego Blasku. Zniknięcie tego kamienia w tajemniczy sposób wiąże się z losami Jessici i jej bliskich. Za sprawą możnego opiekuna Jessica wychodzi za mąż, wyjeżdża na drugą półkulę i zostaje panią wspaniałej rezydencji na południu Australii - Pawiego Domu. Tam, całkowicie osamotniona, przeżywa chwile grozy. Zaczyna rozumieć, że nie tylko kamień, lecz także jej życie będzie stawką w grze.

Moja recenzja

Jestem romantyczką, chociaż staram się to na co dzień ukrywać. Ale już wybierając lekturę, często jednym z kryteriów jest wątek miłosny. Nie mam tu na myśli typowych Harlequinów, chociaż i takie zdarzało mi się czytać. Od dobrego romansu oczekuję elementu zaskoczenia, trochę niebezpieczeństwa i mnóstwa przygód. Dlatego tak cenię sobie twórczość Victorii Holt, która zawiera wszystkie te punkty.
Nie inaczej jest w przypadku "Zielonego Blasku", o czym spróbuję Was właśnie przekonać. Ten ciekawy romans historyczny wciągnął mnie bez reszty. Poznajemy młodą Jessicę, której życie do tej pory było co najmniej nudne, czasami wręcz przykre. Monotonia codzienności na szczęście nie zabiła w niej zamiłowania do przygody, które ujawni się w dogodnym momencie. A moment ten nadchodzi szybciej niż mógłby ktokolwiek przypuszczać. Jessica staje przed trudnym wyborem między pozostaniem w rodzinnym domu, gdzie nikt zdaje się nie żywi do niej cieplejszych uczuć, a wyruszeniem w podróż pełną przygód z człowiekiem całkowicie obcym, a do tego niesamowicie dumnym i pewnym siebie.
Żeby nie było za wesoło, przeszłość bohaterki osnuta jest tajemnicą, której nikt nie chce wyjawić. Przyszłość natomiast może okazać się bardzo niebezpieczna, a losy Jessici dalekie od szczęśliwych. W to wszystko wplątane jest silne uczucie, którego nikt się nie spodziewał, a które zdaje się nie ma szansy na happy end.
Uwielbiam książki tej autorki, przeczytałam ich już sporo i znam jej styl. Dlatego zakończenie nie było dla mnie jakąś wielką niespodzianką, chociaż i ja w pewnym momencie dałam się zwieść pozorom. Gwarantuję, że dla osób dopiero zaznajamiających się z tymi powieściami, finał będzie nie lada zaskoczeniem.

Podsumowanie

Świetna. Zaskakująca. Romantyczna. Nie znalazłam w tej książce jakiś rażących wad, nie umiem wskazać choć jednej. Mogę się tylko przyczepić, że ogólnie powieści Victorii Holt są pisane jednym stylem i po pewnym czasie już można wysnuć przypuszczenia co do fabuły. Jednak dla osób, które dopiero zaczynają z nią przygodę, na pewno będą nie lada zaskoczeniem. Polecam z czystym sumieniem, zwłaszcza romantykom, choć wątek miłości nie jest tutaj najważniejszy.

Jaki jest wasz ideał romansu? A może wcale takich książek nie czytacie?





Copyright © 2016 Z mojej biblioteki , Blogger